Skaczmy do góry

Po walce żmudnej ale pozbawionej dramturgii, czyli przeciwnie niż poprzednim razem, dzisiaj dokonałem wreszcie upgrade wordpresa do nowej obowiązującej wersji. Nie to, że poprzednia mi nie odpowiadała. Ta jest poprostu właściwa, a używanie poprzedniej zalatywało wiochą.

Irlandczycy spontanicznie dali wyraz temu co narody Europy myślą o próbach stworzenia państwa europejskiego. Oświecone rządy reszty kontynentu, które z poprzedniej porażki we Francji i Holandii wyciągnęły wnioski i nie poddają więcej tego pomysłu pod powszechne głosowanie w swoich krajach, ostro upomniały rząd Iralndii, żeby dał sobie spokój z tą debilną demokracją, bo zalatuje wiochą.

Ważny w Izraelu dziennik “Haaretz” napisał o “polskich obozach zagłady”. Żeby już uniknąć sporów gramatycznych jak do tej pory, co to może znaczyć “polskie obozy” i w jakim języku, “Haaretz” napisał, że te obozy zorganizowali Polacy. Według Hollywood, żeby nie dać się zamknąć w obozach, Żydzi wygrali wojnę za sprawą oddziału braci Bielskich i o tym niedługo będzie film. Z tego co słychać, trup niemiecki ściele się tam gęsto, chociaż naprawdę to oddział Niemców unikał. Nie ma za to w filmie przynajmniej dwóch rzeczywistych akcji oddziału, takich jak masakry ludności polskiej w Nalibokach i spalenie tego miasteczka oraz współudziału z partyzantami sowieckimi w likwidacji kilkusetosobowego zgrupowania AK por. Milaszewskiego. Każda próba sprostowania wszystkich tych kłamstw to globalna wiocha.

Hiszpania ma swój złoty okres. Wygrała konkurs na Wałek Europy, oficjalnie nazywany Mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Po wyćwiczeniu kopów na szmaciance, teraz przymierza się aby kopnąć w dupę imigrantów, których wcześniej hołubiła. Żeby nie wyjść na nieludzką, w zamian przyzna prawa człowieka małpom naczelnym. Żeby nie wyjść na idiotów, wszelkie komentarze zauważające traktowanie z podobną troską praw gejów i małp, rząd Hiszapnii kwalifikuje jako wiochę.

Tak oto weszliśmy w kolejne wakacje. Teraz sobie pojadę do wiochy, skąd nasz ród i pobrykam po ziemi, kórej nie rzucim. Wszytkim życzę udanego wypoczynku!

Wpis opublikowany 30th June 2008
w kategorii: osobiste | 5 komentarzy »

Bić, albo nie bić - to głupie pytanie

Nie wiadomo skąd na nowo rozgorzała dyskusja na temat wprowadzenia zakazu karania dzieci. Piszę jasno - karania, chociaż maskuje się to dyskusją nad wprowadzeniem zakazu bicia. Jak to zwykle bywa, zwolennicy wypaczeń unikają kontaktu z rzeczywistością, za to czynią przekłamania na gruncie języka. Mamy więc dyskusję na temat “wprowadzenia zakazu bicia dzieci”, chociaż taki zakaz już funkcjonuje, jak zakaz bicia ludzi w ogóle, a tylko patrzeć jak narodowym problemem stanie się definicja klapsa.

Mój pogląd jest taki - nie zakazywać. Nie wtrącać się w ogóle. Kampanie propagujące taki czy inny styl życia rodzinnego, to tak, może być. Sieć poradni rodzinnych, kursy dla chętnych, to jest jeszcze lepsza droga. Ale nie regulacje prawne, które zachwieją całym sytemem wychowania dzieci i młodzieży, a my zamiast poradni rodzinnych będziemy organizować kursy samoobrony dla dorosłych przed dziećmi. Uważam karcenie dzieci za naturalny środek wychowaczy. Obejmuje to zarówno słowną reprymendę, o wielu przecież odcieniach, jak i dolegliwość fizyczną, w postaci nieszkodliwych klapsów. Nie ma to nic wspólnego z “biciem” dzieci ani z przyzwoleniem na katowanie ich.

Pradziwym problemem jest jednak kolejna próba ingerowania z zewnątrz w stosunki rodzinne. Ta sfera jest wyjątkowo silnie oparta na obyczaju i co ważniejsze, na uczuciach. Każdy, kto chce wchodzić z butami w tę sferę, nawet mimo najlepszych intencji, może się okazać zimnym draniem dla tych na siłę uszczęśliwianych. Uszczęśliwianych i poprawianych zresztą nie według jakichś obietywnych prawd, ale według subiektywnygo widzimisię, przejściowego trendu, który za kilkanaście lat może się okazać wypaczeniem. Tylko że wtedy już zniszczonego życia wielu rodzin nie da się już naprawić. I nie mają tu zastosowania żadne “ale”. Przypadki pobić jakie się zdarzają, są objawem patologii i przydarzyły by się i tak. Prawny zakaz fizycznego karania jest jawnie wymierzony w rodziny, które nie są patologiczne, które normalnie borykają się ze swoim losem.

Wychowania dzieci nie nauczy żadna szkoła. Kto jest rodzicem bardzo szybko się o tym przekona. Tym bardziej więc niech nikt nie odbiera rodzicom środków wychowaczych, a karcenie jest takim środkiem. Niech też nikt nie odbiera dzieciom szansy na jasny przekaz od rodziców, co uważają za dobre, a co za złe. Bo to właśnie wychowanie dzieci, to jest dalszy ciąg i istota tej sprawy. To nie jest tylko kwestia zachowania rodziców, ale też potrzeb dzieci. Dziecko reaguje emocjami i emocjami trzeba się z nim kontaktować. Niniejszy wpis dotyczy wyrazów dezaprobaty, bo taki jest nośny temat obecnej narodowej dyskusji, ale przecież absolutna większość przekazu rodzicielskiego to są wyrazy aprobaty, a nawet tam gdzie jest kara, nie wynika ona z nienawiści ale z miłości i pragnienia dobra dziecka. I dziecko to wie, chociaż może się sprzeciwiać tymczasowej dolegliwości.

Zwolennicy tzw. “nowoczesnych metod wychowania” proponują w to miejsce rzecz wręcz nieludzką. Działania emocjonalne chcą zastąpić “odpowiednim oddziaływaniem”, czyli - psychiczną manipulacją. Zamiast miłości - wyrachowanie, zamiast rodzicielskiej intuicji - zimna kalkulacja, zamiast nauki życia - psychologiczna rozgrywka z własnym dzieckiem. Naprawdę, wstrętna bestia wychodzi z ludzi w najbardziej nieprawdopodobny sposób. Tymczasem na złych albo głupich kreuje się tych , co chcą kochać i żyć po ludzku, dla siebie i dla swoich bliskich.

Pocieszające jest to, że Polacy nie dają się zwariować. Nawet Rzecznik Praw Obywatelskich zdecydowanie stanął w obronie rodziny i zdrowego rozsądku. Postulat wprowadzenia prawnego całkowitego zakazu bicia dzieci, przecież pod groźbą kary(!), jest głęboką i szkodliwą ingerencją w życie rodzinne. To jest koleny zamach na rodzinę.

Nie miejmy też złudzeń, jakie to jest wielkie pole do nadużyć. Ile sąsiedzkich porachunków będzie załatwianych w ten sposób, nawet na fałszywej podstawie. A to wszystko kosztem dzieci, które kolejni rozumiejący świat inaczej chcą rzekomo chronić. I przy okazji, jaka będzie sankcja, jeśli proponowany zakaz będzie przekroczony, nawet faktycznie? O tym się jeszcze u nas nie mówi, ale w krajach posiadających taką regulację istnieje zagrożenie odebrania dziecka od rodziców i takie rzeczy się zdarzają, najprędzej normalnym rodzinom, bo do marginesu i patologii państwo się generalnie nie wtrąca. Takie odebranie może nastąpić szybko, ale już naprostowanie tego jest bardzo trudne. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jakie to jest niszczące przeżycie dla dziecka, jeśli już nawet ktoś ma za nic rodziców. Czy muszą one przechodzić to wszystko i mieć zmarnowane życie tylko dlatego, że ktoś chce wbrew naturze urządzić świat po swojemu?

Wpis opublikowany 4th June 2008
w kategorii: publiczne | 8 komentarzy »

Tradycyjna rodzinna uroczystość

W Danii rodzina królewska cieszy się ogromną sympatią i zainteresowaniem. Dlatego wszyscy duńscy znajomi Krzysztofa bardzo się cieszą ze ślubu 39-letniego Księcia Joachima, młodszego syna królowej. Po nieudanym małżeństwie i rozwodzie przed trzema laty, książę zdołał ułożyć sobie życie i w sobotę 24 maja ponownie się ożenił. Jego wybranką jest Marie Cavalier. Demokratycznym Duńczykom nie przeszkadza, że Księżną Danii i hrabiną Monpezat została zwykła dziewczyna z Francji. Dlatego bardzo przyjaźnie reagowali na całe wydarzenie, podchodząc przy tym do sprawy w sposób pozbawiony pompatyczności. Rodziny królewskie po ludzku patrząc nie różnią się od innych rodzin, i zarówno dom panujący w Danii jak i lud nawet nie udają, że jest inaczej. Bezpośredniość Duńczyków, przecież nie nachalna i nie pozbawiona życzliwości, dała Krzysztofowi świetną okazję do podpatrzenia ślubu po duńsku, co jak się okazało, organizacyjnie nie odbiega od tego typu wydarzeń w innych krajach.

Pan młody jest zakochany po uszy i to było widać. Czekając na pannę młodą przed ołtarzem nie ukrywał wzruszenia. Razem z nim oczekiwali jego dwaj synowie z poprzedniego małżeństwa, książę Nikolai, 9 lat, i 6-letni książę Felix. Cały czas wymieniali uwagi z ojcem, który nie szczędził im chyba słów otuchy i pocieszenia. Gdy w kościele pojawiła się ich przyszła macocha, grzecznie usiedli nieopadal pary królewskiej.

Zanim jednak pojawiła się panna młoda, kościół zaczął się zapełniać gośćmi.

Przede wszystkim zjechali krewni, także z zagranicy. Rozgałęziona rodzina Glückburg panuje m. in. w Norwegii i jest spokrewniona ze szwedzką dynastią Bernadotte.

Było też kilkadziesiąt innych znakomitości, w tym oczywiście arystokracji, wśród której błyszczał sir Roger Moore, agent 007 i Święty w jednym, ze swą duńską małżonką Kiki.

Była oczywiście i rodzina panny młodej.

Była przede wszystkim Jej Wysokość Królowa ze swoim mężem Księciem Henrykiem. Parę chwil przedtem telewizja uchwyciła małżonków, jak chowają się z filarem albo żeby coś uzgodnić, albo poprawić coś w odzieży.

Na koniec, przybyła Panna Młoda. Chociaż ze względu na siłę przeżywania, pragnień i marzeń, w 80 procentach uroczystości ślubne organizuje się dla panny młodej (pozostałymi procentami solidarnie dzielą się rodzice młodych), to jak to na większości ślubów bywa, ze wszystkich obecnych jedynie panna młoda nie potrafiła się ubrać i zachować stosownie do okoliczności. Tym razem marzenia o ślubie splotły się z marzeniami o zostaniu księżniczką, co kompletnie wytrąciło ładną i miłą dziewczynę z równowagi. Dziewczęce fantazje zaowocowały monstrualną suknią z 3-metrowym trenem oraz welonem do samej ziemi, a w dalszej kolejności irytacją na otoczenie z powodu kłopotów jakie to przyspażało. Z tych problemów z wsiadaniem i wysiadaniem z samochodów, chodzeniem i przedzieraniem się przez drzwi, Krzysztof miał dobry ubaw. Fakt, że panna młoda najwyraźniej przysnęła w solarium oraz miała za gruby makijaż, właściwie nawet pasował do całości.

Duński mistrz ceremonii chyba w najgorszych snach nie przewidywał, że będą potrzebni paziowie. Na szczęście zawsze znalazł się ktoś uczynny, kto umożliwił pannie Marie dotarcie przed ołtarz. Jej suknią zajmowawał się kto tam był w pobliżu: szofer, pokojowa lub jeden z szambelanów, i tak wspólnym wysiłkiem wszystko się udało.

Zanim przeszorowała suknią tam i z powrotem po żwirowisku i kościelnej posadzce, jej przyszła wysokość musiała jeszcze doświadczyć, że mówiąc prostym językiem, w nowym kraju piździ że łeb urywa i tę scenkę media będą z upodobaniem pokazywać, a nie tylko uładzone oficjalne pozy.

Biskup dający ślub wygłosił do młodych kazanie długie, i jak to określiła prasa, bardzo bezpośrednie. Nie zabrakło tam oczywiście przyjacielskiego napomnienia, żeby Marie nauczyła się duńskiego, bez czego, jak wiadomo, prawdziwe szczęście jest niemożliwe. Ślub był luterański i inaczej być nie mogło, ale zaproszony tenor odśpiewał Ave Maria. Był to prawdopodobnie ukłon wobec katolickiej oblubienicy.

Podczas kazania młodszy z synów Pana Młodego przyciął komara, a starszy za chwilę poszedł posiedzieć na kolanach u królewskiego dziadka.

Po uroczystości bynajmniej nie było sznura limuzyn. To byłoby nie po duńsku. Młodzi oraz para królewska z wnukami pojechali osobnymi samochodami, natomiast po gości dynastów, po arystkokratycznych gości i po znamienitych gości podjechały wypucowane autobusy. Zawiozły ich na lampkę szampana do pobliskiego Congress Center, który architektonicznie jest wypasionym blaszakiem na środku wielkiego parkingu. Stamtąd te same autobusy zabrały dystyngowanych gości w kreacjach, frakach i brylantach do zamku Schackenborg na wesle.Tam już było całkiem prywatnie. Wiadomo jedynie, że balowano do 4 rano i było bardzo fajnie.

Krzysztofowi bardzo się podobała ta uroczystość. Wszystko co tu widział, poza tym że niektórzy goście nosili szarfy, bardzo przypomina mu to co zna z własnego podwórka. To nie ta pompa co w Ameryce, Rosji, Anglii albo Watykanie i nie te cenzurowane transmisje, gdzie oficjalny realizator przenigdy nie pokaże kulisów. Teraz Krzysztof myśli, że w gruncie rzeczy to nie mogło wyglądać inaczej, ale za tę naturalność zachowań (Marie jest jednak Francuzką) oraz wręcz naturalistyczny dryg dziennikarzy, wyłapujących każdy życiowy obrazek i bez skrępowania pokazujących go światu, zaczął patrzeć na Duńczyków z jeszcze większym zainteresowaniem. Szczęść Boże Młodej Parze.

Wpis opublikowany 26th May 2008
w kategorii: w Danii | 16 komentarzy »

Ekspandujące rodzynki

Na Cytadeli co raz pojawiają się artykuły odnoszące się do teorii Wielkiego Wybuchu. Według tej teorii następuje ekspansja przestrzeni, a w niej “jak rodzynki w rosnącym cieście lub punkty na nadmuchiwanym balonie, tkwią galaktyki”. Ale co się dzieje z tymi rodzynkami, z samą materią? Czy one nie ekspandują? Czy materia nie podąża za przestrzenią? Przecież to ona stanowi o istnieniu tej przestrzeni.

Nasunęło mi się takie pytanie, bliższe ciału, bo dotyczące koszuli: czy przestrzeń, którą stanowią nasze ciała, również ekspanduje? I czy ma to wpływ na nasze życie? Oczywiście pytanie dotyczy zachowania wszystkich ciał materialnych, ale ten mój atropocentryzm nie jest przypadkowy, o czy może jeszcze kiedyś napiszę.

Uważam tak, że wraz z rozszerzającym się Wszechświatem powiększa się wszystko co nas otacza i my sami. Nie zauważamy tego, ze względu na proporcjonalność powiększającego się otoczenia. Wraz z otoczeniem powiększają się masze wzorce miary, przyrządy pomiarowe itd. Dlatego wszystkie wymiary pozostają w w sensie miary takie same. Dla obserwatora z zewnątrz, dysponującego zewnętrznym punktem odniesienia, rośniemy.

Obswerwujemy jedynie oddalanie galaktyk, co odkrył Hubble. Galaktyki oddalają się od nas, i to tym szybciej im są bardziej odległe, a brak tego zjawiska lokalnie, jest tłumaczony wpływami grawitacji. Ale czy nie wynika to ze skali? To jak z tymi rodzynkami w cieście. Położone dalej, wyrażnie się od siebie oddalają gdy ciasto rośnie. Znajdujące się bliżej nie uciekają tak od siebie.

A co jest w tym mpomencie z prędkością światła? Prędkość światła w próżni jest stała i jest to największa prędkość we Wszechświecie, nie zależy od częstliwości fali ani układu odniesienia. Prędkość oznacza drogę przebytą w jednostce czasu. Jeśli mierzymy prędkość np. w metrach na sekundę, a ten metr nam ekspanduje, a światło w próżni musi w ciągu sekundy przebyć tych metrów 299 792 458, to jeśli te metry są coraz “dłuższe”, to czy światło musi być coraz “szybsze” dla zewnętrznego obserwatora? Nie da rady, bo prędkość światła nie zależy od układu odniesienia.

Co się musi stać, żeby zachować tę samą prędkość na takich samych jednostkach długości, które jednak ekspandują? Wtedy musi przyspieszyć czas. A to już możemy zaobserwować. Widać to na przestrzeni pokoleń, zauważamy to nawet na przestrzeni naszego życia. To dlatego czas biegnie coraz szybciej…

Wpis opublikowany 21st May 2008
w kategorii: osobiste | 37 komentarzy »

Marmurkowy grób Polski

Ostatnio miałem okazję przejechać samochodem tam i z powrotem przez Danię, Niemcy i Polskę. Przyrodniczo te kraje są sobie bliskie, a to na co można zwrócić uwagę patrząc z okien samochodu to jak ludzie mieszkają i po czym jeżdżą. Wniosek, jaki mi się nasunął jest jeden - Polacy mieszkają ponad stan, grzebią majątek wraz ze swymi umarłymi i czynią to kosztem swojej przyszłości.

Jedna z towarzyszek podróży zadumała się, jak może wyglądać życie ludzi, których domy mijamy. Ja spróbowałem spojrzeć na to od drugiej strony - co o życiu tych ludzi mogą myśleć cudzoziemcy przejeżdżający obok ich domów.

Co się dzieje w polskich domach, my mniej więcej wiemy. Miejscowość za miejscowością, kilometr za kilometrem, ciągnął się pudełkowate budowle. 200 - 300 metrów kwadratowych albo i więcej. Obowiązkowo balkony, również na wsi. Wejście wysoko nad ziemią, więc do własnego domu trzeba włazić po schodach. Dlatego nierzadko istotnym ośrodkiem życia jest przysposobiony garaż lub letnia kuchnia. Tam gdzie gospodarze są “z pretensjami”, w garażu się nie siedzi. Oprócz głównych drzwi na pokaz, są wygodniejsze, kuchenne, do użytku na co dzień. Schodami podłazi się już w środku.

Wszyscy budowniczowie mieli i mają zamysł, aby zbudować dom dla siebie i dzieci. Tak twierdzą, ale często ukrytym powodem jest chęć pokazania się. Praktycznie wszędzie, dzieci mają w nosie takie pomysły i wynoszą się do siebie. Wcześniej czy później zaczynają budować kolejnego, nikomu nie potrzebnego budowlanego potworka. Dla siebie i dla dzieci…

Co może pomyśleć taki Duńczyk, gdy widzi taki dom, zwykle kilka razy większy od jego własnego? A gdy zobaczy niemal cały kraj usłany takimi domami? Jako człowiek nauczony liczyć pieniądze, bo dzieci w duńskiej szkole uczą się liczyć na pieniądzach a nie na jabłkach, szybko zweryfikuje swoje dotychczasowe pojęcie o Polsce jako kraju biednym. Jako człowiek praktyczny, zaraz zapyta żartem, a kto to wszystko sprząta? Jako człowiek ciekawy świata, zapyta o co tu chodzi.

Nie sądzę, żeby gospodarny i praktyczny człowiek był w stanie pojąć do końca, co się dzieje w tych domach. Choćby to, że w wielu domach nie ma tyle sprzątania, bo większości tych pomieszczeń się nie używa. Jak się nie używa, to się też nie ogrzewa. Potem gospodarze przesiadują z domownikami i znajomkami w jakiejś kuchni czy pokoiku i narzekają. Zwykle na biedę. Kiedy ich dziecko ma komunię lub wychodzi za mąż, urządzają przyjęcie bez gustu, ale po kosztach jak duńska królowa. Kiedy ktoś z nich umrze, pakują majątek w nagrobek. Mniejsza o jego estetykę, ważna jest wystawność, bo przecież w gruncie rzeczy nie robią tego dla zmarłego tylko dla siebie. Dzięki temu cmentarze wyglądają jeszcze gorzej i jeszcze bardziej bez sensu niż miasta i wsie.

Ale w gospodarce zawsze jest coś za coś. Te pieniądze wydane na rzeczy nikomu nie potrzebne, wysiłek budowniczych, materiały, transport, to wszystko jest jak para w gwizdek. To przez to zabrakło na przedszkole, na internet, na drogę, na most, na lotnisko. A bez tych rzeczy nie ma rozwoju. Tkwimy w tym wszystkim jak w pętli ubóstwa. Narzekasz na biedę, rodaku? To przypomnij sobie przysłowie i odpowiedz sobie sobie sam, czemuś biedny.

Wpis opublikowany 18th May 2008
w kategorii: publiczne | 31 komentarzy »