Migracje
by taktyczny
Wjeżdżając samemu za granicę i będąc też świadkiem wielu wyjazdów stykam się czasem z takimi zachowaniami znanych mi wydawało się osób, które mnie zadziwiają. Polegają one na przypisywaniu komuś OBCYCH mu intencji.
Na czele idzie przekonanie, że za granicę wygania kogoś zniechęcenie do kraju, panujących tu stosunków, rzekomej beznadziei itp. Zaprzeczenie temu wprawia malkontentów w stan osłupienia, z którego najczęściej jednak wychodzą sami. Zwyczajnie pomijają błędną ich zdaniem odpowiedź i uznają ją za niebyłą. Tymczasem ja na przykład NIE OPUSZCZAM ojczyzny z niechęci do niej. W najgorszych czasach nie miałem nawet myśli o tym, żeby wyjechać, a o ile przecież jest tu teraz lepiej. Nie ma co się rozpisywać, ZOSTAWIAM TU SERCE.
Ponieważ padło słowo “ojczyzna”, to trzeba wspomnieć o grupie bezmyślnych czasami przyjaciół, życzących mi wszystkiego najlepszego w nowej ojczyźnie. Jakiej NOWEJ?! Nikt nie może mieć nowej ojczyzny. Ma się tę jedną, skąd człowiek pochodzi i nic tego nie zmieni. Im bardziej się ktoś wyrzeka ojczyzny, tym bardziej się poniża i chyba tak naprawdę traci w oczach nowych sąsiadów. Nawet jeśli oczekują oni pełnej integracji, to i tak przybysz zawsze pozostanie dla nich obcy. Uznanie zyskuje raczej postawa pełnego poszanowania dla miejscowej kultury i jednocześnie nie wypieranie się własnych korzeni.
Rozumiem, że “życzliwi” mają czasami na myśli osiągnięcie powodzenia w nowym kraju, który jakoby teraz ma być mój, ale ja przecież nigdy nie deklarowałem ani nie myślałem o zmianie kraju w innych kategoriach, niż czasowa zmiana adresu. Więc kto upoważniał kogokolwiek do składania tak DALEKO IDĄCYCH życzeń? Aby nie wdawać się w jałowe dyskusje, winszującym mi nowej ojczyzny krótko uświadamiam, że mój ojciec właściwie nigdy w tym nowym kraju nawet nie był.
Jak już mowa o życzeniach, to następna grupa humorystów czuje się zobowiązana złożyć życzenia świąteczne czy noworoczne w języku koniecznie niepolskim, za to często dla nich naprawdę obcym i do tego zawsze w angielskim. Angielski, poza krajami anglosaskimi, jest niczym więcej niż pewnym standardem służącym do komunikacji gdy nie można inaczej. Ta praktyka używania zwrotów angielskich bez potrzeby to zresztą szerszy temat. Dotyczy to wielu polskich stron, komunikatorów, sms-ów itd. Uważam, że miłym gestem jest składać komuś życzenia w jego ojczystym języku. Nawet jeśli jest to nieco nieudolne, każdy to doceni. Polakom życzenia składamy PO POLSKU jeśli ich szanujemy i chcemy im naprawdę sprawić przyjemność.
Wielu znajomych za pewnik przyjmuje, że emigracja musi być na stałe. Łagodna forma tej przypadłości objawia się wyrażeniem zadziwienia, że po co tyle przygotowań a potem pracy na miejscu, by porzucić osiągnięte już możliwości. Nie doceniają, że wyjazd wzbogaca głównie w sensie ŻYCIOWYM, nie tylko i nie zawsze w sensie materialnym, ale też to ma najgłębsze znaczenie jeśli można z tym WRÓCIĆ do siebie. Ciężej od tych “ekonomistów” są upośledzeni “prorocy”. Dla nich jest jasne, że jak ktoś zobaczy ten zachodni raj, to już nigdy nie będzie chciał wrócić.
Jest przesadą przypisywanie komuś nie jego intencji i jeszcze uporczywe przekonywanie go o swojej racji. Chyba, że ktoś sądzi po sobie. Oczywiście wiadomo, że życie płata różne figle. Emigracja tak naprawdę NICZEGO NIE ZMIENIA, żadnego istotnego problemu nie rozwiązanego we własnym kraju. Te same w gruncie rzeczy sprawy będą się rozgrywać nadal, tylko w innym otoczeniu materialnym. To dlatego etykieta tego wpisu odnosi go do spraw społecznych, a nie osobistych.
Uuuu, ale ktoś Cię musiał ruszyć swoimi życzeniami…Też uważam, że podciąganie każdego wyjazdu pod trwałą emigrację to przegięcie. A o nowej ojczyźnie można mówić tylko wtedy, gdy poprzednia nas skrzywdziła – i to bardzo. Więc to jestem w stanie zrozumieć. Podobnie rozumiem całkowite odcięcie się od swoich korzeni – ale to tylko w WYJĄTKOWYCH sytuacjach…A zamiast zwiewać na stałe na tzw. zachód, lepiej zrobić go u nas. A kto mówi, że się nie da, ten guzik wie, o!
Wyjazdy mają niebagatelne znaczenie z makroekonomicznego punktu widzenia, ponieważ dzięki nim do Polski płynie kapitał.W przedostatnim Twoim poście napisałem, że chcę w…ć z tego bajzlu, miałem na myśli rzeczywistość w której biskupi decydują kto może a kto nie, skorzystać z in vitro…A propos, biskupów:Jaki jest najlepszy środek antykoncepcyjny???????….ŚRODEK DUPY.Pozdrawiam
@wt: Trudno mi wskazać, kto mnie tak ruszył, raczej zbierało się ziarnko do ziarnka. Przecież wiele z tego słyszałem od znajomych i przyjaciół, ludzi których lubię. Muszę się przyznać, że ja sam nieraz palnę jakąś głupotę, bezmyślny “skrót myślowy” ;), w rozmowie czy w sieci. Za to przy tej okazji zauważyłem też, ilu mam wokół siebie ludzi bardzo rozsądnych i wyważonych. Takich co to i życie znają, i wiedzą co powiedzieć, i umieją słuchać.Co do poprawy swojego losu tu w Polsce, mam podobne zdanie, że można to zrobić. Trudny to jest temat dla wielu osób i nie podejmuję się tak na poczekaniu o tym dywagować. Ale patrząc na siebie mogę stwierdzić, że zaczynając od niczego, do czegoś przecież doszedłem. Takich kowalów własnego losu jest wielu.
@mariusz: Zdziwił byś się, jakbym zaczął wyliczać, ile razy słyszałem dosłownie to: “Wypierdalasz z tego bajzlu?”. Nie przejmuj się więc i nie bierz tego do siebie :)Jeśli chodzi o rzymskich biskupów, to nigdzie nie jest naPisane, że to my mamy wypierdalać… Temat in vitro mnie również bardzo poruszył. Uważam że od samych ludzi zależy, jak ci panowie będą się u nas zachowywać. Znam kilkoro katolików z krajów zachodnich i z ich opowiadania wygląda, jakby to było jakieś zupełnie inne wyznanie niż w Polsce.Napływ kapitału, i to polskiego, jest nie do przecenienia. Może przydarzy się nam i coś takiego jak Irlandii, czyli masowy powrót emigrantów albo ich potomków. To by odmieniło kraj jeszcze bardziej.
Wiecie – z tym kapitałem to nie przesadzajcie… aby to coś dało, musi wyemigrować rzesza, tak jak ostatnio. Wtedy można mówić o zmianach. A my czekamy na nasze powroty… dolar leży, euro słabnie, funt jest na górce, za jakieś dwa lata pójdzie spory krach (zapamiętajcie moje słowa:)) – wtedy wszyscy oni przypomną sobie o Polsce. Tylko co my im tu damy?O ile jestem katolikiem, o tyle uznania in vitro za grzech nie rozumiem. Ale nie oszukujmy się – to tylko kwestia odpowiedniego papieża-reformatora. Choć jest to rozważanie w perspektywie długoterminowej.Ja to chyba jednak prawdziwy Polak jestem, bo jak myślę o ew. wzroście pozycji kościoła i jego wpływu na prawo, to nie myślę o wyjeździe, a raczej o zostaniu tu i jakiejś formie oporu… mam nadzieję, że ten romantyzm mi z wiekiem przejdzie:)
@wt: To prawda, że jeszcze to nie jest to co może być, ale jednak jakaś część pieniędzy napływających do Polski jest inwestowana. Nawet jeśli idą na konsumpcję, to też jakoś nakręcają koniunkturę.Z tym, że duża część ludzi wróci przymuszona zmieniającą się koniunkturą też się zgadzam. A już do czego wrócą zależy w dużej mierze od nich samych. To co zobaczyli dobrego za granicą na pewno bedą chcieli przynajmniej w części zaszczepić u nas.Sprawa Kościół a Państwo musi się jakoś rozsądnie rozwiązać, bo Państwo w tej kwestii coraz bardziej rozmija się ze Społeczeństwem. Rodzi się już konflikt Kościół z Państwem vs Społeczeństwo.Komentarz edytowałem, bo poprzednia wersja miała za dużo literówek
Uff, bo już myślałem, że to jakaś daleko posunięta forma autocenzury:)Póki co takiego konfliktu nie widzę, ale masz rację – zaczyna się robić nieciekawie dla Kościoła, ludzie się odwracają. Ja wiem, że PR nie jest dla Kościoła, który (z założenia – i z tym się w pełni zgadzam) ma być ostoją pewnych zasad. Ale hierarchowie powinni znaleźć jakieś rozwiązanie, jeśli nie chcą odwrotu wiernych. Za jakiś czas – podobnie jak w Niemczech czy Francji – może tu być więcej muzułmanów, którzy będą ciekawą alternatywą dla agresywnego katolicyzmu. Może niech Kościół broni wartości, ale jednocześnie wyraźnie odetnie się od wywierania jakiegokolwiek wpływu na rządzących?
Koścół Katolicki miał taki moment jak mówisz, po tym jak “urzędnicy Pana B” sparzyli się na mieszaniu w sprawy państwa na początku lat 90-tych. Ostatnio tamta nauczka poszła w niepamięć i ponownie pchają się oficjalnie do polityki.