Tradycyjna rodzinna uroczystość
by taktyczny
W Danii rodzina królewska cieszy się ogromną sympatią i zainteresowaniem. Dlatego wszyscy duńscy znajomi Krzysztofa bardzo się cieszą ze ŚLUBU 39-letniego Księcia Joachima, młodszego syna królowej. Po nieudanym małżeństwie i rozwodzie przed trzema laty, książę zdołał ułożyć sobie życie i w sobotę 24 maja ponownie się ożenił.
Jego wybranką jest Marie Cavalier. Demokratycznym Duńczykom nie przeszkadza, że Księżną Danii i hrabiną Monpezat została ZWYKŁA DZIEWCZYNA z Francji. Dlatego bardzo przyjaźnie reagowali na całe wydarzenie, podchodząc przy tym do sprawy w sposób pozbawiony pompatyczności. Rodziny królewskie po ludzku patrząc nie różnią się od innych rodzin, i zarówno dom panujący w Danii jak i lud nawet nie udają, że jest inaczej. Bezpośredniość Duńczyków, przecież nie nachalna i nie pozbawiona życzliwości, dała Krzysztofowi świetną okazję do podpatrzenia ślubu po duńsku, co jak się okazało, organizacyjnie nie odbiega od tego typu wydarzeń w innych krajach.

Pan młody jest ZAKOCHANY po uszy i to było widać. Czekając na pannę młodą przed ołtarzem nie ukrywał wzruszenia. Razem z nim oczekiwali jego dwaj synowie z poprzedniego małżeństwa, książę Nikolai, 9 lat, i 6-letni książę Felix. Cały czas wymieniali uwagi z ojcem, który nie szczędził im chyba słów otuchy i pocieszenia. Gdy w kościele pojawiła się ich przyszła macocha, grzecznie usiedli nieopodal pary królewskiej.

Zanim jednak pojawiła się panna młoda, kościół zaczął się zapełniać gośćmi.

Przede wszystkim krewni zjechali, także z zagranicy. Rozgałęziona rodzina Glückburg panuje m. in. w Norwegii i jest spokrewniona ze szwedzką dynastią Bernadotte.

Było też kilkadziesiąt innych znakomitości, w tym oczywiście arystokracji, wśród której błyszczał sir Roger Moore, agent 007 i Święty w jednym, ze swą duńską małżonką Kiki.

Była oczywiście i rodzina panny młodej.

Była przede wszystkim Jej Wysokość Królowa ze swoim mężem Księciem Henrykiem. Parę chwil przedtem telewizja uchwyciła małżonków, jak chowają się z filarem albo żeby coś uzgodnić, albo poprawić coś w odzieży.

Na koniec, przybyła Panna Młoda. Chociaż ze względu na siłę przeżywania, pragnień i marzeń, w 80 procentach uroczystości ślubne organizuje się dla panny młodej (pozostałymi 20 procentami solidarnie dzielą się rodzice młodych…), to jak to na większości ślubów bywa, ze wszystkich obecnych jedynie panna młoda NIE POTRAFIŁA się ubrać i zachować STOSOWNIE do okoliczności. Tym razem marzenia o ślubie splotły się z marzeniami o zostaniu księżniczką, co kompletnie wytrąciło ładną i miłą dziewczynę z równowagi.

DZIEWCZĘCE FANTAZJE zaowocowały monstrualną suknią z 3-metrowym trenem oraz welonem do samej ziemi, a w dalszej kolejności irytacją na otoczenie z powodu kłopotów jakie to przyspażało. Z tych problemów z wsiadaniem i wysiadaniem z samochodów, chodzeniem i przedzieraniem się przez drzwi, Krzysztof miał dobry ubaw.

Fakt, że panna młoda najwyraźniej przysnęła w solarium oraz miała za gruby makijaż, właściwie nawet pasował do całości.

Duński mistrz ceremonii chyba w najgorszych snach nie przewidywał, że będą potrzebni PAZIOWIE. Na szczęście zawsze znalazł się ktoś uczynny, kto umożliwił pannie Marie dotarcie przed ołtarz. Jej suknią zajmowawał się kto tam był w pobliżu: szofer, pokojowa lub jeden z szambelanów, i tak wspólnym wysiłkiem wszystko się udało.

Zanim przeszorowała suknią tam i z powrotem po żwirowisku i kościelnej posadzce, jej przyszła wysokość musiała jeszcze doświadczyć, że mówiąc prostym językiem, w nowym kraju PIŹDZI, ŻE ŁEB URYWA i tę scenkę media będą z upodobaniem pokazywać, a nie tylko uładzone oficjalne pozy.
Biskup dający ślub wygłosił do młodych kazanie długie, i jak to określiła prasa, BARDZO BEZPOŚREDNIE. Nie zabrakło tam oczywiście przyjacielskiego napomnienia, żeby Marie NAUCZYŁA SIĘ DUŃSKIEGO, bez czego, jak wiadomo, prawdziwe ludzkie szczęście jest niemożliwe. Ślub był luterański i inaczej być nie mogło, ale zaproszony tenor odśpiewał Ave Maria. Był to prawdopodobnie ukłon wobec katolickiej oblubienicy.

Podczas kazania młodszy z synów Pana Młodego PRZYCIĄŁ KOMARA, a starszy za chwilę poszedł posiedzieć NA KOLANACH u królewskiego dziadka.
Po uroczystości bynajmniej nie było sznura limuzyn. To byłoby nie po duńsku. Młodzi oraz para królewska z wnukami pojechali osobnymi samochodami, natomiast po gości dynastów, po arystokratycznych gości i po znamienitych gości podjechały WYPUCOWANE AUTOBUSY. Zawiozły ich na lampkę szampana do pobliskiego Congress Center, który architektonicznie patrząc jest zwykłym wypasionym blaszakiem na środku wielkiego parkingu. Stamtąd te same autobusy zabrały dystyngowanych gości w kreacjach, frakach i brylantach do zamku Schackenborg na wesele.Tam już było CAŁKIEM PRYWATNIE. Wiadomo jedynie, że balowano do 4 rano i było bardzo fajnie.
Krzysztofowi bardzo się podobała ta uroczystość. Wszystko co tu widział, poza tym że niektórzy goście nosili szarfy, bardzo przypomina mu to co zna z własnego podwórka. To nie ta pompa co w Ameryce, Rosji, Anglii albo Watykanie i nie te cenzurowane transmisje, gdzie oficjalny realizator PRZENIGDY nie pokaże kulisów. Teraz Krzysztof myśli, że w gruncie rzeczy to nie mogło wyglądać inaczej. Za tę NATURALNOŚĆ ZACHOWAŃ (nieco zblazowana Marie jest jednak Francuzką) oraz wręcz naturalistyczny dryg dziennikarzy, wyłapujących każdy życiowy obrazek i bez skrępowania pokazujących go światu, zaczął patrzeć na Duńczyków z jeszcze większym zainteresowaniem. SZCZĘŚĆ BOŻE MŁODEJ PARZE.
Sam robiłeś te fotki? Wychwyciłem jednego orta w tekście, ale całość taka fajna, taka oderwana od Polski, taka…królewska:) Że nie będę się czepiał:)
A panna młoda nawet nie wygląda bezowato – śliczna dziewczyna:)
@Slawkas: Normalnie mógłbyś pisać do kronik towarzyskich, nieźle Ci to wychodzi:) Widziałem trochę w tym temacie w telewizji niemieckiej – trochę przesadzasz rzeczywiście co do panny młodej, bo w TV jawiła mi się jako naprawdę ładna kobietka, niczego bym jej w sumie nie zarzucił i raczej patykiem nie dotykał;) Co do tego trenu to masz absolutnie rację, trochę przesada z taką długością, no ale baby tak mają. Z Twojego tekstu i tak najbardziej mi się podoba (ze względu na to, że już tylko kilka miesięcy do podobnej ceremonii – choć nie na tym poziomie;) – mi zostało) to zdanie o tym, dla kogo tak naprawdę ogranizuje się weselisko:D Choć ja bym dodał, że procent dla rodziców jest ciut większy jednak;) Tylko gdzie tu miejsce na pana młodego?:D
@WT: Na tym ślubie nie byłem, wina i miodu nie piłem. Zdjęcia są z serwisu bt.dk, na którym są zdjęcia z opcją “wyślij do przyjaciela”, no to wysłałem na swój blog;) Nie chciało Ci się napisać, gdzie był błąd, więc musiałem przejrzeć cały tekst. Znalazłem 3 błędy i zrobiłem 9 poprawek stylistycznych oraz wymieniłem 1 zdjęcie, którego wczoraj nie mogłem znaleźć. Panna młoda rzeczywiście jest bardzo wyjściowa, tym bardziej szkoda, że coś nie wyszło, na pewno nie o taki efekt jej chodziło. Ale moim zdaniem tak wiele dziewczyn zapomina przy tej okazji, że w sukni ślubnej się nie tylko wygląda, ale jest jednak sporo do zrobienia, że to właściwie norma:)
@fi: Co do oceny panny młodej, to masz rację. Przy pisaniu tekstu wzięła górę moja złośliwość, bo też kąsek był łakomy, aż samo się prosiło:) Nie przeczę też, że wyłapałem w jej zachowaniu pewną nutę, która mi się nie spodobała, i to też wpłynęło na moją Schadenfreude.
O rolę pan młodego na ślubie się nie martw. Może nie jest aż tak ważny jak odpowiedni bukiet, ale koniecznie musi być, stanowi przecież komplet do obrączki;)
@Slawkas: Ja tam się nie martwię, rolę trzeba spełnić i tyle, nie ukrywam też przecież, że mimo wszystko coś mi się też w tym samemu podoba, w tej całej uroczystości, bo to ma jednak swoją symbolikę;) Obrączek jeszcze nie mamy, musimy się zacząć rozglądać, to fakt…
A ja już nie pamiętam, gdzie był ten błąd, a nic mi się w oczy nie rzuciło…ale nazwisko Rogera “Świętego Bonda” chyba się inaczej pisze. Moore?:)
Z tym zapominaniem to masz rację – kobiety wychodzą z założenia, że w sukni ślubnej wygląda się jak milion dolarów. I jest to prawda – kwestią jest natomiast nominał banknotów…:) Niemniej królewna wyglądała ślicznie (w każdym razie na załączonych przez Ciebie zdjęciach) i już. De biustibus czy coś tam:)
Szkoda, że to nie są Twoje zdjęcia. Byłbyś “naszym człowiekiem” w Danii – i to wysoko wysoko:)
@fi: Może się już zorientowałeś, że mało kto jest bardziej skłonny do uznawania wagi symboli niż ja:) Dlatego mnie razi, gdy symbole giną pośród zalewu spraw drugorzędnych… W żadnym razie nie zaprzeczam znaczenia ślubu. Trzymam kciuki, bo jeszcze sporo przed Wami:)
BTW. Zgadza się. Ten dekolt za chłopcami jest mój.
@WT: Hoho, De biustibus! ;) To otworzyłeś temat, przy którym “De revolutionibus…” to zbiór banałów:) Doceniając urodę hrabiny de Monpezant opieram się na zdjęciach i migawkach “z cywila”. Może zdjęcia tego nie oddają, ale to co zrobiła z siebie na ślub, gdy dwie osoby musiały ją przez minutę pakować do samochodu ostrożnie jak torcik w polewie, to dla mnie zprzeczenie wdzięku. A bez wdzięku nie ma urody. Porażka na całej linii. Ale przecież to tylko jeden taki dzień, ważne co się dzieje potem.
Moore jak najbardziej. Poprawiam.
@WT: Jeszcze istnieje możliwość, że Slawkas jest na którymś z tych zdjęć w tle;)
@Slawkas: Zorientowałem się, to fakt, i nie przeszkadza mi to a nawet jakoś (niekiedy?) odpowiada;) Dzięki za kciuki, wiem, że to tylko impreza a potem zaczyna się życie. Inna sprawa, że mieszkam z przyszłą żoną razem już kilka lat, więc większych niespodzianek raczej nie oczekujemy:)))
Dekolt… nazywasz to dekoltem? Bo jakoś tam i płasko i blado, ale w końcu jak na faceta to całkiem nieźle, ładna falbanka :D
@Slawkas: no, mi nie tyle chodziło o obroty w różnych ciałach i sferach, ale o to, że o biustach się nie dyskutuje… a falbanka śliczniusia:)
Dzięki. To moje kościołowe wdzianko :)
@Beata: no nareszcie ktoś to wprost napisał i dał mi możliwość poprawy:) No faktycznie się czepiam. Każdemu wolno mieć pragnienia i nie trzeba zaraz tak bezpardonowo tego komentować.
Przy okazji, są przecieki z wesela na zamku. Podobno książę Joachim wygłosił tak bezpośrednią i wzruszającą mowę, że goście się popłakali. A że ja się śmiałem? To w końcu było wesele!
Odnośnie absencji, rozumiem i wybaczam:) Liczę na powrót z komentarzami.
wybaczam Ci, jeśli udowodnisz, że tam byłeś, mód i wino piłeś…
@Beata: nie mam jak udowodnić. Nie to, że nie nie chcę się przyznać, że nie byłem, tylko oni nie piją miodu;)