Nie przeklinaj nadaremno
Mocne słowa są częścią języka tak samo jak słowa piękne. Tak samo jak słowa piękne są przeznaczone do wyrażania znaczeń i uczuć. Jest zatem katastrofą dla języka, jeśli są nadużywane albo używane niezgodnie z przeznaczeniem. Taka katastrofa dotknęła język polski.
Niecenzuralne słowa od dawna są powszechne, ale wydaje mi się, że obecnie polszczyzna staje się wulgarszczyzną w najwyższym stopniu. Wulgarszczyzna przeniknęła już nie tylko do zamkniętych enklaw środowisk zawodowych. Jest wszechobecna w sferze publicznej i rozrywce. Nagminnie stosuje się ją w rozmowach towarzyskich. Nie mogło tego dziadostwa zabraknąć i w Internecie, który jest medium demokratycznym i jest odbiciem społeczeństwa.
Właśnie na tym tle kilka dni temu przedstawiciele mediów mainstreamowych ponownie zaatakowali Internet i internautów. Wolę zalinkować do jednego ze komentatorów tego sporu niż do samych prowodyrów. Tym razem pretekstem do wyrażenia pretensji o przemijanie własnego znaczenia (bo właśnie to jest rzeczywistym problem dziennikarzy), stał się język używany w sieci.
Ponieważ wcale nie chodzi im o to, o czym mówią, można ich żale skwitować wzruszeniem ramion. Rzeczywisty problem jednak pozostaje i to nie oni są jego odkrywcami. Wypada się zgodzić z autorem tego samego bloga, że chodzi o to, jak ten stan rzeczy faktycznie zmienić, a nie poprzestać na rozdmuchiwaniu problemu.
Zmienić trzeba granice społecznego przyzwolenia. Samemu, każdy we własnym zakresie. Na media, rozrywkę, reklamę i polityków nie ma co liczyć. Bo to oni nakręcają tę falę chamstwa. Dawno minęły czasy, kiedy publicznie do głosu szerszą falą mogli dojść ludzie na pewnym poziomie. Teraz to ulica wyznacza poziom i często spośród uliczników rekrutowani są ludzie, których potem kreuje się na celebrytów i autorytety.
Jestem przeciw postawom świętoszkowatym, ale dla mnie nadszedł już moment, że tego wulgarnego języka, nie usprawiedliwionego okolicznościami, po prostu nie trawię. Okazuję dezaprobatę rozmówcom, rozdaję ignory na forach i social mediach, robię szemrany marketing nieokrzesanym estradowcom, prywatnie bojkotuję media, gdzie granice są łatwo przekraczane itd. Nie życzę sobie. Będąc za granicą odkryłem dla siebie język polski. Teraz nie życzę sobie go utracić.
17 sierpnia 2009 o godz. 18:50
Każda przesada jest szkodliwa, najsmutniejsze jest to, że zerknęłam w linki…tłoku w komentarzach tam nie ma…
17 sierpnia 2009 o godz. 21:48
Nie dość, cholera, że mądre, to jeszcze, cholera, dobrze napisane :)
17 sierpnia 2009 o godz. 22:14
@Beata: Tłoku pewnie nie ma, bo to akurat czytają tacy, którzy wiedzą, że jest źle. Chodzi teraz o to, żeby spowodować zmianę tonu na co dzień, a nie pozwolić, żeby to ulica nadawała ton.
@anty: ‘Cholera’ obecnie nie jest brzydkim słowem. ‘Mądre’ – jest, ‘cholera’ – nie. ;)
18 sierpnia 2009 o godz. 08:37
Slawkas…z dziesięc lat walczyłam o okreslenie “zaje…” tłumacząc młodziezy że to wulgarne okreslenie kopulacji przerobione na przymiotnik…z marnym skutkiem…w maju, podczas wojewódzkiego konkursu ekologicznego, szkolnego, jedna z pań jurorek, no, moda, ale na stanowisku po studiach, zadzwoniła do swojego szefa, firmy znanej i powaznej krzycząc w słuchawkę na cały szkolny korytarz “tu jest zaje…sta organizacja!”…
mimo wszystko, mimo zażenowania z mojej strony, było mi miło…tylko ta pani już nie jest moją faworytką na następny konkurs
18 sierpnia 2009 o godz. 08:38
młoda:)
18 sierpnia 2009 o godz. 09:31
@Beata: To słowo faktycznie zaczęło robić karierę jakieś dziesięć – dwanaście lat temu. Najpierw w jako tekścik w rozmowach, a pierwszy raz, kiedy ja to usłyszałem publicznie użyte (chociaż na pewno nie była to premiera tego słówka ;) zrobiła Kayah, specjalistka od ciężkiej odmiany variete. Do tłumu ludzi na stadionie: “Jesteście zajebiści!”. Oczywiście ludzie nie przyszli tam dla niej, tylko czekali na koncert gwiazdy, ale po chwilowym bezdechu wynikłym z wrażenia dali jej aplauz. Teraz gros tych ludzi na pewno jest dalej przekonanych, że są świetni w przeciwieństwie do rzeczonej artystki :)
18 sierpnia 2009 o godz. 10:50
Na jednym z blogów zobaczyła dzisiaj nie skończony wulgaryzm…mam wrażenie, ze to Twoja, pośrednio:) zasługa:)
18 sierpnia 2009 o godz. 15:28
Dobrze ujęty temat
18 sierpnia 2009 o godz. 20:52
Oj, to od dziś ograniczam przeklinanie, kurka wodna…
Ale widzimy belkę we własnym oku, a drzazgi u bliźniego już nie – media od jakiegoś czasu delikatnie, ale konsekwentenie, starają się przemycać ostrzejsze słówka. A to cholera się pojawi, a to gówno, dupa…zajebiście też. No a jak do tego dodamy reklamę Pedigree Pal z psią kupą, to nie dziwmy się, że raz na jakiś czas przypadkowego konsumenta szalg trafi i klasycznym przecinkiem rzuci.
Ale istnieje też – jak mawiał Stanisławski – kulturotwórcza moc brzydkiego wyrazu. Jakieś kilka lat temu “undergroundowi artyści” (czy jak to tam się nazywa) naklejali na bilbordy wlepki z pewnym jakże popularnym wulgaryzmem. I muszę Wam powiedzieć, że bardzo mnie śmieszyły zbitki typu: “Biedronka – codziennie niskie ceny. I chuj”. Znakomicie osłabiały to całe nadęcie marketingowe…
Wiem, może powinieniem się wypikać w powyższym komentarzu, ale jakoś tego nie uznaję…najwyżej mnie wytniesz, zrozumiem.
18 sierpnia 2009 o godz. 22:24
@WT: Nie chodzi o to, żeby wykropkowywać, bo dosadność jest czasem potrzebna. Auto-słowo-terapia tym bardziej. No, ale nigdy jako element stale obecny w przekazie. Ten wpis zawierał początkowo tyle drastycznych przykładów z życia publicznego i codziennego sfer z pretensajmi, że koszary i knajpy jawiły się jako miejsca swojskie i łagodne. Sam się złapałem za głowę. Wywaliłem to wszystko i właściwie napisałem o czym innym :)
Zgadzam się, że głównym źródłem degeneracji języka są media, te same, które robią aferę z języka internautów. Hipokryci. A gdzie ci wszyscy ludzie się nauczyli, że tak można publicznie się wyrażać, a nawet uważać to za naturalne?
Jeśli Ty ograniczysz przeklinanie, to ja też… W powiązaniu z tym, co napisała Beata, to się zrobi z tego mini blog wpływu, czy raczej blog mini-wpływu ;) Zreszta zgodnie z duchem tego, co napisałem.
19 sierpnia 2009 o godz. 10:01
Obwinianie mediów czy Sieci to jedna sprawa, jednak nie mówi się po prostu o tym, że ten język, stosowany w obu wymienionych środkach wyrazu, bierze się z tego, jak mówi się wszędzie dokoła na codzień. Kiedy chodziłem do szkoły, znałem mało wulgryzmów, bo i wszyscy w szkole ich nie znali – po prostu język był mniej nasycony ostrym słowem. Zresztą skąd mieliśmy te słowa znać – media takich nie stosowały, rodzice również się starali opanować. Obecnie kiedy dziecko pójdzie pierwszy raz do przedszkola, przytacha ze sobą matychmiast wszystkie sławetne “kurwy” i “chuje”. Wielokrotnie słyszę na ulicy dzieciaki, które zaciągając się fajką gadają tak, że uszy puchną. I nic dziwnego, że taki język zaczyna dominować wszędzie, również w Sieci.
Osobiście nie wyobrażam sobie przyozdabiać swoich wypowiedzi (oczywiście zależy to też od kontekstu i potrzeby) wulgaryzmami, szczególnie u siebie na stronie. Razi mnie to i wydaje mi się, że psułoby odbiór strony. Zresztą generalnie w Sieci, nieważne czy jako anonim czy też nie, nie stosuję “mięcha”. Tymczasem w rzeczywistym świecie nie przebieram w środkach, przyznaję, w pracy czy w codziennym życiu mięso nierzadko poleci. Nie uważam tego za powód do dumy, ale też się tego nie wstydzę, bo i nie jest tak, że “kurwa” robi za przysłowiowy przecinek. Jak sami przyznajecie, w odpowiedniej dawce wulgarne słowa mają sens, z przesadą już nie, tak to właśnie jest.
19 sierpnia 2009 o godz. 12:49
@slawkas: a podobno jeszcze naukowcy (pewnie uesańscy, a jakżeby inaczej) sprawdzili, że przeklinanie pomaga. Kazali ludziom trzymać palec we wrzątku (albo lodzie) i ci, którzy mogli na głos bluzgać, to dłużej wytrzymywali. Więc może należy łaczyć wzrost wulgaryzmów z osiągnięciem jakiegoskresu wytrzymałości przez ludzi? Może ta otaczająca nas głupota jest tak duża, że aż boli – wszystkich?
@fi: no, to można całą dyskusję rozpocząć, o upadku autorytetów, o braku wychowania (przypominam – wychowuje dom, a nie szkoła czy ksiądz), o tym wszystkim, co składa się na ogólne ogłupienie i schamienie. Bo co? Bo Linda przeklął w jednym czy drugim popularnym filmie, ludzie to podchwycili, to teraz tak jest? A gdzie byli rodzice tych ludzi, ja się pytam? ([c] by Kononowicz). Ale tak jak mówię – to jest temat – rzeka, cała dyskusja o kondycji społecznej. A stare media, robiące wrzawę wokół chamstwa w sieci, dostrzegają tylko jeden kawałek tortu. Gdyby spojrzeć globalnie, to okazałoby się, że to nie jest tak, że jakieś internety się wypróżniły w ogólnym wersalu, ale że to jeden z drugim pan redaktor sobie coraz więcej pozwalał, nie piętnował tego, co trzeba, robił ludziom papkę z mózgu, ci ludzie nie wychowywali dzieci, nikt tego nie nazywał po imieniu…itd. Wszyscy nawaliliśmy chyba trochę, nie? I jak jakieś jednostki chcą to odkręcić, to niech nie skupiają się na gaszeniu poszczególnych pożarów, ale na likwidacji przyczyn.
Co do bluzgania na Cytadeli…wyobrażacie sobie ten wpis? Około kilkunastu miliardów lat świetlnych stąd coś zajeb…ie pierdo…ło i okazało się, że jest to wykur…cie wielka supernowa. Okazuje się, że to chu…two ma zajeb…ie wielką moc. I ch…
Nie, sorki, Twój styl jest nie do podrobienia, nawet przy takiej przeróbce:)
19 sierpnia 2009 o godz. 21:59
@fi: Spadek obyczajów wzajem się napędza i to jest jeszcze jedno wskazanie na winę mediów. Kierują się tym co robi ulica, a ulica naśladuje to, co słyszy w mediach. Nie tak powinno być. Każdy może mówić, jak chce, ale ma być jasne, że to jest eksces.
@WT: Podobno przy porodzie paniom się może wypsnąć, a co dopiero, jak facet sobie sparzy paluszek :)
19 sierpnia 2009 o godz. 22:33
WT…szok, szok! Cytadela na bruku:))))
20 sierpnia 2009 o godz. 13:20
No szczerze mówiąc średnio styl “pieprzny” pasuje do mojej strony, dlatego mimo ciekawej propozycji WT sobie jednak daruję ubarwianie języka;) Zgadzam się z wami co do tego, że media trochę przeginają z opluwaniem internautów, bo też nie zauważyłem, by język w sieci różnił się od tego na ulicy czy, powiedzmy, w niektórych filmach. Internet nie jest tu żadnym wyjątkiem po prostu, jest lustrem, w którym odbija się poziom społeczeństwa. Chodziło mi tylko o to, że kiedyś ten poziom był mimo wszystko inny, takim go pamiętam, nie ubarwiam wspomnień a po prostu wiem, że tak było. Język stacza się po równi pochyłej od lat i nic nie wskazuje na to, że coś się tutaj ma zmienić. Dla filologa (choć innego języka) jest to tym bardziej przykre, bo jako “fachman” wiem, jakie możliwości w dobrze opanowanym języku drzemią, na co język na pewnym poziomie pozwala i ile kunsztu i piękna można w nim przekazać. Tymczasem wszystko zmierza nie tylko do maksymalnej wulgaryzacji, ale – co dla mnie gorsze – upraszczania, tzn. ograniczania słownika do zasobu kilkuset słów a składni zdań do dwóch trzech słów góra. To też potężny problem. Już pewnie wiecie do czego piję, znów się czepiam, wiem, ale wiążę się z tym cała ta Twitteryzacja również:)
20 sierpnia 2009 o godz. 22:47
@fi: Tego filolo-wyksztalcenia to ci trochę zazdroszczę, no ale nie można mieć wszystkiego:)
Co do twitteryzacji, to poruszyłes temat-rzekę. Na pewno masz rację, że w ten sposób następuje spłycanie i upraszczanie. Ale dla mnie wynika ono z czego innego, nie z formy. Widzę to tak, że istnieje linia podziału, przebiegająca pomiędzy tymi ludźmi co mają coś do powiedzenia, a tymi co nie mają. Dzięki postępowi technologicznemu Ci drudzy mogą swoją przypadłość unaocznić całemu światu. Zaś krótkie formy (sms, mikroblogi) są dla nich szczególnie pociągające, bo nawet głupot nie dają rady pisać więcej.
Z drugiej strony spójrz, ile treści potrafią w jednym zdaniu zawrzeć ludzie, którzy mają naprawdę coś do powiedzenia. Łacińskie sentencje, bon- moty znanych ludzi, haiku samurajów, toż to nic innego jak współczesne nam blipy, tylko technologia inna.
21 sierpnia 2009 o godz. 20:48
“Widzę to tak, że istnieje linia podziału, przebiegająca pomiędzy tymi ludźmi co mają coś do powiedzenia, a tymi co nie mają. Dzięki postępowi technologicznemu Ci drudzy mogą swoją przypadłość unaocznić całemu światu. Zaś krótkie formy (sms, mikroblogi) są dla nich szczególnie pociągające, bo nawet głupot nie dają rady pisać więcej.”
Trafiles w sedno.
Ja dodalabym jeszcze: komentarze.
To wszechobecne gdakanie drazni mnie nie mniej niz wulgaryzmy i chamstwo.
Oczywiscie nie odnosi sie to do Twoich komentatorow:)
21 sierpnia 2009 o godz. 22:10
@d_l: Rzeczywiście, w komentarzach tutaj jest tyle cennej treści, że aż by się chciało to jakoś zebrać i wrzucić na główną stronę. W dodatku tut. błyskotliwe towarzystwo ma gdzieś trzymanie się tematu i swobodnie orbituje rozsiewając złote myśli w różnych miejscach. To mnie doprowadza do szału. Tak, zdecydowanie trzeba dodać komentarze do listy tych co idą na łatwiznę ;)
22 sierpnia 2009 o godz. 11:59
Nie uchylam sie przed ostrzem wlasnej krytyki, nie:)
Na swoje usprawiedliwienie mam to, ze staram sie jak najmniej gdakac…
22 sierpnia 2009 o godz. 20:27
Wiesz Slawkas, czasami chce się jakos wyrazić poparcie dla autora notki (niekoniecznie Twojej), a nic mądrego nie przychodzi do głowy, w realu pokiwałoby się głową, a w komentarzach napisze się “super”, “ok”, bo czuje się taka potrzebę:)
22 sierpnia 2009 o godz. 20:40
@Beata: Ale ja lubię wyrazy poparcia! (koniecznie dla Mnie) ;) A poważniej, o ile zrozumiałem d_l to jej właśnie komentarze tutaj się podobają. Ja też je uważam za bogate w treść i inspirujące. Niejedna moja notka była pierwotnie pisana jako odpowiedź na Wasze komentarze.
No, powiedz, że się zgadzasz! :)
22 sierpnia 2009 o godz. 21:55
Slawkas, dobrze mnie zrozumiales.
Beato, piszac o gdakaniu nie mialam na mysli takich krotkich nawet komentarzy, krotkich z powodu o jakim piszesz, badz po prostu z powodu braku czasu.
Zreszta, czasem zwykly emotikon zawiera wiecej tresci (i jest bardziej trafny) niz saznisty komentarz.
Myslalam o pleceniu trzy po trzy, byle cos powiedziec, byle na moment zaistniec.
I jak napisalam sama staram sie zwalczac u siebie pokuse pogdakania czasem. A czy starania sa skuteczne, nie mnie oceniac.
22 sierpnia 2009 o godz. 21:57
Hmm, zdaje sie, ze dzis sie nieco rozgdakalam, w dodatku po polskawemu…
24 sierpnia 2009 o godz. 22:09
Uwielbiam, kiedy się ludziska tłumaczą:)
24 sierpnia 2009 o godz. 22:09
Slawaks…ZGADZAM SIĘ!
25 sierpnia 2009 o godz. 08:27
@fi: czepiasz się:) Twitter jest OK, podpisuję się wszystkimi kończynami pod opinią Slawkasa, że jest różnica pomiędzy spłycaniem wypowiedzi, a jej skracaniem. Zauważ, że wypowiedź pijaczka z pewnością nie mieści się w 140 znakach, a jej treść to zazwyczaj coś w stylu “źle mi” (choć brzmi to rozwlekle i ma masę “przecinków”) – natomiast twitty CNN albo NYT – to maksimum treści plus odsyłacz. W takiej sytuacji nawet te wszystkie LOL by mnie chyba nie raziły…jest jakiś skrót albo emotka na oznaczenie “breaking news”? Przydałaby się…
Ogólnie – oczywiście, że “kiedyś to było lepiej” – ale to jest właśnie NASZE zadanie, aby to kiedyś zachować i DOSTOSOWAĆ do dzisiejszych czasów (dostosować forma, a nie treścią – tak jak gęsie pióra zamieniliśmy na MS Word). A gdy już nam się to uda – to powinniśmy przekonać do naszego punktu widzenia jak najwięcej osób – gdy się nie uda, trudno, zamkniemy się w jakiejś enklawie i tam będziemy mieli uczty. Choć raczej widziałbym to jak powolne rozmywanie się pewnych wyznawanych wartosci (ogólnie pojmowanych – w tym wypadku czystości jezyka) – ci, którzy w nie wierzą całym sercem i nie odstąpią ani na krok w samym centrum społeczeństwa, a im dalej od nich, tym więcej “przecinków”.
@Slawkas: haiku to blip – no genialne!:) O tym, że się z Tobą zgadzam, napisałem powyżej. Ale pewnie chciałbyś, abym się powtórzył:) Ale będę złośliwy. Ba – będę podwójnie złośliwy, gdyż moją “cenną treść” w komentarzach nadal będę rozwlekał po całej sieci (choć nie jest tego aż tak wiele), a Ty – jeśli zechcesz – będziesz gonił króliczka i gonił…
@Beata: też tak czasem mam, że piszę tylko krótki komentarz, ale ostatnio odchodzę od tego – jak nie mam czasu, to trudno. Widać chyba, że lubię pisać rozwlekle i po takim OK pewnie bym się nie zatrzymał – a czas płynie…
@d_l: witam, chyba nie mieliśmy okazji się poznać:) Co do potęgi emotikonów – myślę, że to kwestia sprawnego marketingu: emotikony po prostu zostały nam znakomicie sprzedane. Ale nie przeszkadza to być znakowi “:)” jednym z najlepszych środków wyrazu…moim zdaniem.
25 sierpnia 2009 o godz. 17:45
@WT: samoistnie otworzyła się inna możliwość – zapewne jako głąb przyciągam króliczki na ten blog…
27 sierpnia 2009 o godz. 11:18
@Slawkas: coż sa samokrytyka! Myślałem, że króliczki wolą kapustę, sałatę…albo drogie samochody i brylanty. Bo w sumie o jakich “króliczkach” my tu…?:) Tak czy owak – od dziś mogę życzyć (nie tylko Tobie) “wielu króliczków”:)