Fastelavn
by taktyczny

W Danii koniec karnawału zaznacza się obrzędami Fastelavn, odpowiednikiem naszych kusaków. Nie jest to święto kościelne, chociaż jest ściśle związane z Wielkim Postem. Fastelavn obchodzony jest na pięćdziesiąt dni przed świętami, czyli w siódmą niedzielę przed Wielką Niedzielą, ze zwyczajowym przeciągnięciem na poniedziałek, żeby dzieci mogły się spotkać po szkole i powygłupiać razem na mieście. Tak jak w innych krajach, również w Danii zapusty obrosły własnymi tradycjami.
Jest to czas przebierańców. Dawniej ten obyczaj był związany z życiem dorosłych, dzisiaj w ten sposób bawią się dzieci. Wiedźmy, upiory, śmierci, księżniczki, spidermany, kowboje itd. Wszystko, co komu przyjdzie do głowy, byle nie było zwyczajnie. Jednak z naciskiem na wiedźmy i upiory. To jest oryginalny duński klimat w duńskim czasie, co trzeba zauważyć, bo na jesieni zagnieździło się już anglosaskie Halloween. Niestety, śmiecia trudno się pozbyć.
Między tymi obyczajami zachodzi nieco zewnętrznych podobieństw. Dlatego często są przy obu okazjach wykorzystywane te same pomysły i te same stroje. Podobne jest także to, że dzieci dostają słodycze jako nagrody, a także chodzą po domach z puszkami na drobniaki. Dostają je bez większych ceregieli za odśpiewanie specjalnej pioseneczki. Kiedyś kupowało się za te datki pyszne zapustowe bułeczki, teraz w cele zbiórki nikt nie wnika. Ot, taka jawna, ale i sympatyczna forma widrwigroszostwa.
Stąd właśnie pochodzi piosenka, którą zna absolutnie każdy Duńczyk odkąd nauczy się mówić, dlatego warto o niej wspomnieć. Autorska wersja po polsku, która jest oryginalna w sensie niepowtarzalna, a nie bliska oryginałowi, idzie tak:
Fastelavn imię me,
Bułek dostać muszę.
A jak żadnej mi nie dasz,
Zrobię rozpierduchę.
Bułki hop, bułki pac,
Bułki w moim brzuchu.
A jak żadnej mi nie dasz,
zrobię rozpierduchu.
Wspominane bułki to dla Duńczyka nie byle co. Przecież to ostatki, niegdyś ostatnia okazja, żeby pojeść obficie i smakowicie przed postem. Jednym z przysmaków wtedy były wypiekane specjalnie na te okazję słodkie bułeczki z pszennej mąki. Czasem nawet z masłem! To właśnie o nie dopominają się dzieci śpiewaną pogróżką o prostej melodii i jasnym przekazie.

Obecnie fastelavnowe bułki to są raczej ciastka, z kremem lub bitą śmietaną, albo z polewą lukrową, czekoladową czy marcepanową. Bardzo często są robione w formie straszydeł. Prawie w każdym domu jest jakiś przepis na te wypieki i czasami robi się je samemu. Głównie jednak są kupowane w piekarniach, gdzie pojawiają się już tydzień-dwa wcześniej i cieszą się dużym powodzeniem. Nie ma takiej możliwości, żeby ich nie było w tym okresie roku. Są czymś tak niewzruszalnym, jak dla nas pączki i chrust w tłusty czwartek. Zresztą obie tradycje, mimo, że w kalendarzu dzieli je kilka dni, mają to samo pochodzenie.

Jeszcze jednym, obok śpiewanki, sposobem na dostanie bułeczki było symboliczne wychłostanie kogoś specjalną rózgą. Rózgi na Fastelavn to wiązanka gałązek, przyozdobiona kolorową bibułką i wycinankami z papieru. Tymi rózgami symbolicznie smagało się kogoś, a nagrodą była bułka. Dzisiaj robieniem rózg i ich wykorzystywaniem zajmują się prawie wyłącznie małe dzieci. Zgodnie z tradycją powinny to być gałązki brzozowe. Obecnie, chyba z wygody, bierze się to, co jest pod ręką. Za to wycinanki na nich wieszane mają niezmienne tylko jeden temat, a jest nim czarny kot.
Czarny kot w tym przypadku to symbol zarazy. Od czasów epidemii dżumy w XIV w. pozbycie się czarnego kota w określony sposób przy okazji Fastelavn miało zapewnić ochronę przed morem. Dzisiaj została z tego tylko zewnętrzna forma i radosny dla ludzi obrzęd nadal pozostał dla nich radosny, za to kotom szczęśliwie zobojętniał.

To najbardziej huczne wydarzenie z okazji Fastelavn, wręcz jego synonim, nazywa się “wytłukiwanie kota z beczki”. Dawny niepowtarzalny sposób połączenia przyjemnego z pożytecznym polegał na systematycznym rozbijaniu wiszącej beczki, w której zamknięto zwierzaka. Po uporaniu się z beczką, kota najczęściej zabijano. Ponieważ budziło to coraz szerszy sprzeciw, z czasem, czyli w XIX w., zaczęto w beczkach umieszczać zwierzęta już martwe albo kukły.

Dzisiaj jest to zabawa dla dzieci. Czarne kocisko ma tylko swoją podobiznę na beczce, a w środku znajdują się słodycze. Dziatwa, jak ich ojcowie przed wiekami, ustawia się w kolejce i napiernicza bejsbolem pojedyńczo w beczkę. I tak po kolei, aż do skutku. Ten kto odłupie pierwszy kawałek beczki, zostaje królową Fastelavn, a ten kto rozłupie ją do końca, zostaje królem. Płeć nie ma znaczenia, a nawet można, przy odrobinie szczęścia, zagarnąć oba tytuły i przynależne nagrody. Uwolnione słodycze idą do podziału dla wszystkich. Później jest jeszcze okazja do wspólnej zabawy.
Mimo, że symbolika stojąca za Fastelavn straciła już na znaczeniu, towarzyszące mu zwyczaje są pieczołowicie podtrzymywane.
dla mnie ostatniej jesieni było szokiem, jak dzieciaki chodziły z okazji halloween…
nikt nie pamięta o polskich przebierańcach.
a przecież ostatki to był ciekawy zwyczaj…
sama kiedyś chodzilam jako przebieraniec,
choć obawiam się, że wierszyków już nie pamiętamm.
Szpiegowsky – dzieciaki w Polsce chadzają w głównie w celach materialnych:)
@beata
no z przebierańcami chodzilo się dla zabawy i tych groszy…
i dla słodyczy, kawalka ciasta, to różnie bywało.
ale w ostatki, nie w halloween…
@szpiegowsky: Niestety. Ja też ie rozumiem, dlaczego własne piękne starodawne tradycje są wyśmiewane, a tandeta z kraju pastuchów jest cool…
@Beata: I prawidłowo, bo to ma być podtekst materialny obok zabawy. W przeciwnym razie zamieni się to w jakąś żałosną cepelię :)
No szkoda, że u nas takie zwyczaje nie przetrwały próby czasu…ale chyba nieco za bardzo demonizujemy “helołin”. Wprawdzie nie jestem zachwycony lataniem przez dzieciaki z okrzykiem “cukierek albo psikus” (wersja realniejsza: “komórka albo wpier.ol”), niemniej nikt z dorosłych nie jest w stanie pokazać im piękna i radości z dnia Wszystkich Świętych czy pozytywnej zadumy w Dniu Zadusznym. To się młodzież bawi:) Uważam, że mogłoby istnieć jedno i drugie. Ale to tylko moje zdanie, co ja tam wiem…
@wesoły
od razu mi się kojarzy z cudze chwalicie a swego nie znacie…
hm ale czy halołin i przebierańce to nie za dużo?
przecież dochodzą jeszcze kolędnicy z turem i herodem
( jak sobie tylko przypomnę, jak ja się ich bałam…. ;-) za łóżkiem się chowałam)
próbowałam znaleźć święto jakieś amerykanckie, które mi się podoba,
i chyba nie znalazłam żadnego…
pamiętam ostatki w Rabce..niepowtarzalne.
rózgi może niezbyt mi pasują,ale ciasteczka oj:)))))
@WT: Właśnie rozprzestrzenianie się Halloween czy Walentynek może być dowodem na to, że jest potrzeba takich obrzędów. Tyle, że mass-media i rozrywka są opanowana przez ludzi bez korzeni, co to robią aj-waj, bo dynię zobaczyli. Nasze tradycje są o wiele bogatsze i mają jakiś sens – kolędnicy na Gody i przebierańcy na zapusty, jest zabawa. A w Zaduszki zaduma. A nie wszystko na odwrót i to jeszcze tak tandetnie. Ale wierzę, że to przejściowe :)
@szpiegowsky: Tylko finał NFL jest wart uwagi…
@mijka: Rózgi są tylko symboliczne. Za to ciacha realne do rozpuku :)
@sławkas
ale nfl? ja nigdy futbolu amerykańskiego nie rozumiałam…
przyznam się, że baseball rozumiem jeszcze mniej…
osobiście za to- godzinami mogłabym oglądać snookera ;-)
już chyba bliższe mi są święta powiązane z wyspami.
o jak taki dzień św. patryka na ten przykład…
i choćby to ich bonfire night jak najbardziej jest tradycyjne i ma sens.
A baseball? Też jest pozytywną grą…więc nie tylko finał NFL:)
Baseball jest bardzo OK. Snooker to hipno, też mogę oglądać godzinami, ale to chyba więcej wyspiarskie zajęcie?
NFL jednak bije wszystko na głowę – jeśli chodzi o Amerykę, bo do rugby to mu trochę brakuje.
Ale jakby nie patrzeć, to jedyne godne uwagi święta u pastuchów to finały rozgrywek sportowych. Oczywiście z wykluczeniem koszykówki. Kogo w ogóle może interesować klepanie piłką w podłogę?
Slawkas – cepelia, dobre!
Szpiegowsky – TERAZ chadzają ze względów materialnych:)
@beata
za moich czasów: się dostawało parę groszy i coś słodkiego..
więc jakby nie patrzeć interesownie się chodziło ;-)
@wesoły
baseball jest dla mnie za bardzo abstrakcyjny
@slawkas
snooker jest wyspiarski.
ale wyspiarze mają ciekawsze święta niż usa.
no, powiedzmy, że super bowl jest fajny…
koszykówkę jeszcze od święta toleruję.
ale nigdy nie będę oglądać tenisa, siatkówki, boksu, hokeja.
szpiegowsky, zapomniałam, że masz ostatnie zdanie:)ok:)
Slawkas, nie jestem wypalona:) studia i takie tam…różne roboty:)
To dobrze :) I tak zaglądam na zastępczość.