Serwisy społecznościowe, fake wolność
by taktyczny
Na facebooku trwa nagonka na konta nie spełniające warunków regulaminu serwisu. Dodajmy regulaminu ustalanego arbitralnie i PRZESTRZEGANEGO TEŻ ARBITRALNIE. Przy tej okazji niejednokrotnie przepada wartościowy dorobek ludzi, którzy fb się zachłysnęli i tam przenieśli praktycznie całą swoją działalność sieciową. Mnie ten serwis NIE PASOWAŁ od samego początku z wielu względów i nie brałem w tym udziału, ale teraz mniejsza o to. Już wyczerpałem przydział zgryźliwości na ten temat.
Teraz znamienne jest to, że jeden z wielu w końcu serwisów w Internecie zyskał tak masową popularność, że aż w pewnym momencie został okrzyknięty przez swoich fanów synonimem nowego internetu. I oto wychodzi szydło z worka. Władca Much ujawnia swoją naturę.
Miałem podobne przypadki, jeśli chodzi o dysponowanie własną treścią i kontakt z właścicielami serwisu. Raz na jednej z platform blogowych, oraz na jednym z serwisów bezpłatnych forów. Nie miały te sytuacje takiej skali ani tak drastycznego przebiegu, jak działania na fb, bo i skala mojej działalności jest w gruncie rzeczy umiarkowana, ale w porę i raz na zawsze uzmysłowiły mi, że nie wolno UZALEŻNIAĆ SIĘ od zewnętrznego dostawcy.
A już w żadnym razie nie zasługują na zaufanie takie serwisy, które nie pozwalają na eksport zawartości oraz odmawiają wydania bazy danych, a są takie wśród najbardziej znanych. Użytkownik jest przez to SZACHOWANY przed odejściem swoim własnym dorobkiem lub może być arbitralnie pozbawiony tego dorobku.
W sieci jest wszystko, ale odczuwa się deficyt jednego dobra – WARTOŚCIOWEJ TREŚCI. Ciekawych narzędzi jest bez liku, naśladowców tym więcej. Nikt z dostawców nie robi łaski, bo i tak WARTOŚĆ MIEJSCA zależy od tego, kto i co tam zamieszcza, a nie od technologii. Content is king, jak to się kiedyś mówiło. Dlatego każdy twórca treści powinien zadbać przede wszystkim o własne miejsce w sieci, a dopiero na tej bazie nawiązywać relacje i budować społeczności.
Przy tych działaniach trzeba uważać, żeby nie pomylić priorytetów. Serwisy społecznościowe to jest sprawa WTÓRNA. To jest miejsce kontaktów i, jeśli komuś zależy, pozyskiwania czytelników lub zwolenników oraz pobudzanie ich do aktywności na swoim własnym podwórku. Nie na odwrót. Nie powinno mieć miejsca przeznaczanie własnego talentu, czasu i pracy na rzecz dostawcy jakiejś technicznej usługi, ani tym bardziej uzależnianie się od jego widzimisię.
W moim przypadku proponowane podejście wygląda tak:
- Osnową obecności w sieci jest WŁASNA STRONA, obecnie najlepiej blog, funkcjonujący jak adres zamieszkania. Strona prowadzona na komercyjnym hostingu i pod własną domeną. Dzięki temu za niewielkie pieniądze mamy całkowitą kontrolę nad zasadniczą częścią swojej sieciowej tożsamości i twórczości. Nieodłączną częścią tej działalności jest systematycznie aktualizowana KOPIA ZAPASOWA strony. Na wszelki wypadek i dla uniezależnienia także od dostawcy hostingu.
- Na własnych stronach nie ma potrzeby zamieszczania wklejek serwisów społecznościowych. Te służą tylko reklamie tych serwisów i niczemu więcej. Serwisy mają swoich właścicieli za pieniądze jedynych i nie jest sprawą użytkownika troska o ich reklamę. To SERWISY MAJĄ SŁUŻYĆ reklamie własnej strony lub działalności.
- Zauważyłem, że nigdy nie korzystam z wklejek na odwiedzanych stronach. Nigdy też moim obserwatorem na serwisach social media nie został ktoś pod wpływem lektur blogowych. Nie działają też skutecznie moim zdaniem, żadne możliwości typu “dodaj do” itp. Za to wchodzą na blogi czytelnicy, którzy o jego istnieniu dowiedzą się na serwisach społecznościowych. I warto podkreślić, że to jest prawidłowy kierunek.
- Serwisy społecznościowe to ZABAWNA I POŻYTECZNA forma aktywności sieciowej. Nie potrzeba przy tym mieć kont wszędzie gdzie się da. Wybór jak najbardziej trzeba uzależnić od własnych sympatii, a nie mody. Każde miejsce ma inny charakter. Nawet fajne narzędzie trzeba spokojnie odrzucić, jeśli nie mamy tam za wiele do roboty. Tu drobna uwaga – czy to się komuś podoba, czy nie, w Polsce najlepiej się sprawdzają serwisy Z KRAJOWYM RODOWODEM…
- Nie ma powodu, by stawać się fanem, czyli faktycznie NIEWOLNIKIEM jakiegoś serwisu. Dotyczy to szczególnie tych osób, które tworzą poszukiwane treści, analityczne, faktograficzne lub “lol content”. To te osoby tworzą wartość tam gdzie się pojawią, a nie nawoływacze, że przecież taki fajny serwis czy usługa, tylko ciemny lud się na tym nie poznaje.
- Istotą social media jest BIEŻĄCE ŻYCIE I AKTUALNOŚĆ. Dlatego wybierać trzeba narzędzia dostosowane do komunikacji doraźnej. Nawet na rozbudowanych serwisach lepiej ograniczyć swoją działalność do krótkich, szybkich form. Do spraw “ponadczasowych” i pracochłonnych mamy przecież swoją własną stronę…
- Własną stronę systematycznie trzeba archiwizować. To nie tylko dodatkowy back up, jak wspomniano wyżej. Albo inaczej, to jest bardzo ważna kopia zapasowa na ciężkie czasy, które nadchodzą. Przemija postać tego Internetu. Zachodzą poważne obawy, że komuś się uda położyć na nim łapę i ZDŁAWIĆ WZGLĘDNĄ SWOBODĘ, którą ludzie tu mają. W przyszłości być może będzie potrzeba i zaistnieje jakaś INNA FORMA przekazu treści, np w formie wydruków lub plików. Warto przecież, żeby dotychczasowe twory naszego gigantycznego ducha również się w tym obiegu znalazły, czyż nie…?
hm, moje konto sobie na facebooku wisi dla sztuki.
czasami zawieszam je sobie na kołku i deaktywuję na jakiś czas.
zgadzam się, że rozwiązaniem jest własna strona, pod własnym adresem.
ale chyba obecnie jeszcze mi się nie chce ;-)
oj, tak sie ucieszyłam, żes przemówił, że sie z góry zgadzam ze wszystkim co napisałeś…lubie to!
U mnie FB to agregator (śmieszne słowo) sieciowej działalności. Wszystko, co mogłem, podpiąłem pod FB i jeśli pisze coś na blogu – widać to na FB. Wrzucam na Flickra – jest na FB. Udostępniam w GR…itd. Oczywiście, własna strona, własny hosting i własne wszystko to niesamowita wygoda, ale jeśli taki żuczek, jak ja, chce czasem pochwalić się w sieci fotką czy złotą myślą, to duże korporacje i ich warunki są wystarczające.
Owe warunki korzystania to osobna sprawa – ale uważam, że zasada jest prosta: nie pasuje, to nie korzystaj. Nie pasuje, a chcesz skorzystać – stwórz własne:)
Co do wklejek na stronie – chyba kilka razy z nich skorzystałem, więc nie przekreślałbym tego. Jeśli dzięki temu moje myśli, zdjęcia itp., którymi chcę się dzielić, idą dalej w świat…
bo cichy chce być wpływowy i dlatego się lansuje gdzie się da ;-)
ja rozważałam usunięcie konta na naszej-klasie po zmianie regulaminu.
ale skończyło się na tym, że usunęłam zdjęcia, i wiem, że nowych tam nie dodam.
a konto niech sobie wisi….
ale ja chyba czynię rozgraniczenie między stroną “własną” a serwisem społecznościowym.
Tak, Vero, jeszcze pamiętaj o moim codziennym lansie na Monciaku, w drodze do pracy. Kombinuję jeszcze nad jakąś formą lansu w SKM, a także wśród młodzieży kolonijnej. Dzięki temu z pewnością wzrośnie mi liczba czytelników, może zostanę rednaczem ważnego, ogólnopolskiego dziennika, albo chociaż komentatorem polskiej polityki. Moja wpływowość sięgnie czegoś zbliżonego do zenitu…:)
A konto na FB ma taki sam regulamin, jak to na NK…a nawet gorszy:)
@cichy
może jakąś tabliczkę na szyi?
a w regulamin fb chce mi się wnikać jeszcze mniej.
konto sobie po prostu wisi.
@veronica: Konto pojawia się i znika, jakaś tajemnicza natura, szpiegowska taka…
@Beata: To uznajmy, że ten wpis jest “Twojego imienia” :)
@MrCichy: “agregator” to ważne słowo sprzed dwóch lat. Pamiętasz takie archeo? Ja przypominam sobie, że gdzieś pisałem o potrzebie takiego miejsca, gdzie zbierałaby się cała sieciowa aktywność, nawet łącznie z komentarzami na [odwiedzanych] blogach. No, ale dawno mi przeszło ;)
FB, ok jako agregator… ale nie 1 miejsce działania.
(chyba nawet o tym wspomniałem we wpisie po tej calej sytuacji)
W moim przypadku, na szczescie to blog i powiazania z innymi zdecentralizowanymi miejscami stanowi istote funkcjonowania w sieci. Taki przypadek jak moj, to wlasnie sygnał, ze nie samym fesbogiem trzeba zyc. Inaczej 1 dnia mozna zniknac z sieci, nic nie dostajac w zamian. Zwłąszcza pamietac o tym w zasadzie powinny firmy czy marki. Modne słowo – dywersyfikacja sie przypomina.
@Slawkas: pamiętam, jak o czymś takim pisałeś, uważałem wtedy, że dobrze sprawuje się w takim zadaniu Flaker. Dziś mój Flaker działa samodzielnie, a ja nawet nie wiem, co tam się dzieje (chyba, że pojawi się jakiś komentarz). Agregator to FB, bo tam są nie tylko znajomi z sieci, ale i z życia po tej stronie ekranu. A wśród nich też mogę się polansować (że tak podchwycę wypowiedź Vero). Komentarzy nie wychwytuje…szkoda, ale co robić.
Dla nie obecnie takim małym agregatorem (agregatorkiem?) oraz miejscem wyrażania opinii wszelakich (od polityki po kulturę) jest Buzz znienawidzonego przez Ciebie Wujka G. Ale ja lubiętę firmę i cenię sobie, że mogę mieć wiele usług zintegrowanych pod jednym kontem. Czyli nie zachowuję chyba tej dywersyfikacji, o której pisze powyżej Jacek:)
@Jacek: strategia TwarzoKsiążki jest taka, aby to był pierwsze i jedyne miejsce działalności w sieci. I dla wielu osób tak to powoli wygląda… Niestety.
@mrCichy – strategia przemyslana, z ludzkiego lenistwa. Siedza, likuja, wklejaja… a kontentu od tego nie przybywa. Ktos musi go dostarczac.
@cichy
ale buzz?
buzzzzzz?
no co ty….
wave jakoś zdechło samo z siebie. zgaduję, że z buzzem będzie podobnie.
@Jacek: Jakiś kontent się pojawia…Ale masz rację, to jest nastawione na leni – po co zagłębiać się w odmęty sieci, skoro wszystko mamy na wyciągnięcie ręki w FB?
@Vero: nie powiedziałbym, to jednak są różne narzędzia. Na Wave założyłem jedną z najliczniejszych polskich fal (wedle mojej wiedzy:)) i dyskusja w niej załamała się z kilku przyczyn:
- nie było tematu do dyskusji, to byłą grupka ludzi w jednym miejscu,
- zbyt wielu dyskutantów i wielowątkowość dyskusji (rozbijanej też gadżetami i wtrąceniami),
- niestabilność usługi,
- to był kolejny inbox do sprawdzania.
W przypadku Buzza tego nie ma. Masz wszystko w GMailu, dyskusje toczą się wokół wpisów danych autorów (choć często dość swobodnie), dyskutantów w jednym wątku jest najwyżej kilkunastu. To jest taki miniblog umiejscowiony w dość dobrym środowisku. Buzz raczej nie zdechnie, choć wyraźnie widać, że Google chyba nie ma jeszcze pomysłu, jak go wykorzystać. Ale rozwijają go – i to intensywniej niż swego czasu Falę. Którą, nawiasem mówiąc, uważam za narzędzie świetne, wymagające jedynie pomysłu na wykorzystanie i lepszej integracji z flagowym okrętem, jakim jest GMail.
Jeśli nie wierzysz, rzuć okiem na mojego Buzza (chyba nie zabrzmiało dwuznacznie?), a najlepiej na Buzza Pawła Wimmera czy kilku osób, które pojawiają się u niego w dyskusjach. Bardzo ciekawe treści, celne spostrzeżenia i – wbrew niektórym pozorom – miła atmosfera. Polecam.
hm.
no nie wiem.
buzz jest dla mnie kolejną rzeczą, którą muszę sprawdzać ;-)
Mam wrażenie, że wielu ludzi nie rozumie całego “ekosystemu” Social Media, a wiara w niektóre mity jest podsycana przez niektórych “guru”, czy “ninja”
myślę, że ten rysunek http://mirekpolyniak.files.wordpress.com/2010/06/sm_ecosystem.png dość klarownie przedstawia mechanizmy SM
poza tym warto wziąć pod uwagę następujący aspekt: FB praktycznie nie daje treści indeksowalnych przez wyszukiwarki, a blog wręcz przeciwnie i cykl życia treści w tym drugim przypadku jest dużo dłuższy
dlatego faktycznie warto mieć dobry blog, który będzie strategiczną osnową, a po prostu inne kanały traktować jako agregatory ruchu
@Jacek Gadzinowski: Decentralizacja jest, IMO, najbliższa naturze Internetu. Obecnie straciło na popularności pojęcie blogosfery, którą można było rozumieć także jako opisywaną przez Ciebie grupę powiązanych ze sobą samoistnych miejsc w sieci. Taki kierunek działań wydaje się efektywniejszy i bezpieczniejszy. Z tego punktu widzenia fb jest pasożytem. To zaś daje duże prawdopodobieństwo, że w naturalny sposób obumrze. Na miejscu użytkowników, zwłaszcza gospodarczych, brałbym to pod uwagę. Kogo dzisiaj obchodzi tak nagłaśniane kiedyś posiadanie siedzib w Second Life?
@MrCichy: Nie mówmy o nienawiści, powiedzmy zaawansowana niechęć ;)
Zwróć uwagę na takie charakterystyczne Twoje stwierdzenie, że “xyz” jest “narzędzie świetne, wymagające jedynie pomysłu na wykorzystanie”. To bezwiedna ilustracja pewnego odwróconego kierunku myślenia. Czy nie lepiej jednak sprawdza się dopasowywanie narzędzi do potrzeb, a nie wymyślanie zastosowań dla istniejących tworów?
Wierzę, że z Buzz jest inaczej, ale tu jest inny problem, zresztą taki sam jest na fb i w wielu innych serwisach. Odrzucam z góry takie miejsca, gdzie trzeba się logować, żeby tylko czytać treści. Jeśli chcę być aktywny, to rozumiem. Jeśli treści są przeznaczone dla zamkniętej grupy, także. Ale ukrywanie treści, skoro i tak każdy może sobie stworzyć konto i czytać, to bezsens patrząc na Internet jako medium. Więc znowu wiadomo o co chodzi – o to konto właśnie i związane z nim dane. Z punktu widzenia użytkownika serwisu dodatkową stratą jest to, że większa lub mniejsza część jego potencjalnych czytelników go pominie, bo wymóg rejestracji lub logowania jest barierą, której nie będzie im się chciało pokonywać. I tak ja np. czytam Twojego bloga, ale już Twoje Fale, Buzzy i Fejsbuki, gdzie Ty się głównie wyżywasz, dla mnie nie istnieją.
@Vero: to sprawdzaj, sprawdzaj. Lansersko dodam – zapraszam do obserwowania mnie:)
ale fali już nie ma.
@sławkas
poniekąd się z tobą zgadzam.
swego czasu odstraszyła mnie nieco na hellotxt informacja z iloma serwisami można konto połączyć.
i dla mnie już 30 takich fal, buzzów, twitterów i całej reszty to trochę za dużo.
większość imho to różnego rodzaju klony podobnego pomysłu.
masę tego jest- a nadal jest problem z zawartością.
a co do samego fejsbuka- ani mnie ziębi, ani grzeje.
chociaż przyznaję- tam akurat zdarza mi się bywać.
portal z klasą- omijam, choć konto sobie wisi.
@szpiegowsky: Fala była przykładem :)
Nie miałem wielu kont na różnych SM, jak na dzisiejsze czasy, ale jak wiesz, i tak przeprowadziłem ostatnio wielką czystkę, bo doświadczenie samo wykazało, co pasuje do mnie i z czego korzystam. Łączenie kont przeróżnych serwisów można by w sumie uznać za tworzenie własnego super-serwisu, przez każdego skonfigurowanego nieco inaczej. Powstaje tylko pytanie po co, skoro nikt prowadzący normalne życie nie jest w stanie z dużej części tych kont odebrać feedbacku, a często nawet go właściwie nie interesuje, co się na poszczególnych kontach dzieje. Wartość powstaje tylko w żywych relacjach w ograniczonych grupach. Znaczna część ruchu na social media obecnie to w istocie rodzaj floodu.
@Mirek Połyniak: Obrazek jest rzeczywiście trafny, momentami nawet wywołuje na twarzy uśmiech przez skojarzenie znajomych zachowań ;) Odnośnie FB mogę dołożyć to, co pisałem w komentarzach wyżej o serwisach wymagających zakładania kont. To są społeczności zamknięte. Może z wnętrza FB tak tego nie widać, bo pozornie “wszyscy tu są”, ale rozległość nie oznacza braku ograniczenia. To co się tam dzieje, dla reszty sieci nie ma znaczenia. Na wyższym poziomie to może być wspomniany przez Ciebie brak indeksowania w wyszukiwarkach. Na poziomie indywidualnym, tak jak mój, to jest zaniechanie kilku wartościowych kontaktów.
@Slawkas: logować się nie musisz, żeby czytać. Spróbuj wejść na:
https://www.google.com/profiles/102192564644339543679#buzz
A moja główna działalność sieciowa, czyli blog, raczej Cię nie omija:)
Co do Fali – nieprecyzyjnie się wyraziłem. Rozmawiałem z wieloma osobami, które wiedziały jak wykorzystać Wave (i go wykorzystywały) – ale nie było to narzędzie dla każdego. Jeśli ktoś nie czuł potrzeby, to był to dla niego tylko gadżet. Z drugiej strony – brak pomysłu w Google na wykorzystanie niesamowitego potencjału Fali. Moim zdaniem włożenie tego do GMaila i stworzenie z tego usługi takiej, jaką jest dziś Buzz, z pewnością pomogłoby w utrzymaniu Fali na powierzchni. Więc to bardziej Google nie miało pomysłu na Falę, niż użytkownicy. A poza tym jestem zdania, że korporacje niektóre potrzeby i tak w nas kształtują, więc co szkodziło G. wykształcić w użytkownikach potrzebę korzystania z Wave poprzez lepszą dostępność i wyjaśnienie, jak się tym bawić (zamiast pisania, ze to jest next big thing).
@cichy ale mając cię na blogu, blipie i fejsbuku,
po co mi jeszcze buzz?
zwłaszcza, że z gmaila via www rzadko korzystam….
o, poszłam na buzza.
no nie, i to się robi jak druga fala.
znowu stos komentarzy do ewentualnego przeczytania.
co za dużo to nie zdrowo ;-)
Slawkas…wzruszyłam się…
Veronica, nie marudź, Slawkasa nigdy dosyć, w ten sposób będziesz Go mieć…całego!
ale z góry zaznaczam, że na żadne buzzy, czy cós tam jeszcze to już nie dam rady:( cały czas mam posumowania jakiegos Wykopu:) zupełnie nie zaskoczyłam o co tam chodzi:) no…nie podniecił mnie po prostu, fliper to wydaje mi sie rodzaj smsa…
zajrzę do Cichego, tak z obowiązku:)
@MrCichy: No dobra, nie muszę się logować:) Chociaż kliknąłem z ciekawości inne Buzzy. Tam muszę mieć g. konto, żeby czytać. Mniejsza o to. Nie podważam wartości Buzza od strony technicznej, bo nie w tym rzecz. Mnożenie swojej obecności na kolejnych serwisach przypomina kolekcjonowanie gadżetów. Wymaga rozważenia, jak to się przekłada na praktykę – czy to wszystko daje korzyści adekwatne do zaangażowania.
I jeszcze jedno. Jesteś zadeklarowanym guglemanem, ale jest przecież konkurencyjne pod wieloma względami Windows Live czy upadające Yahoo! Jest nawet niezwykła nisza My Opera, 5 mln blogerów z własną przeglądarką, platformą blogową, pocztą, aplikacjami mobilnymi itp. Kto wie co jest jeszcze i co nas omija, jakie wieści albo jakie jaja. Internet musi polegać na indywidualizmie, a próby chapnięcia go dla siebie przez jakąś korporację są szkodliwe.
@vero: Po kobiecemu dotykasz sedna ;) Chodzi właśnie o to, żeby mieć kontakty, a nie tymi samymi kontaktami zapełniać kolejne kanały. Dla mnie groteskowo wyglądają zachęty typu “sprawdź, kto z Twoich znajomych tu jest”. Na kolejnych serwisach lista kontaktów jest w jakimś stopniu powielana.
@Beata: Kiedyś proponowałem Ci wejście blipa, bo to dobry kanał do popularyzowania poważnych spraw, w które jesteś zaangażowana. Podtrzymuję to.
A co dbania o swoje miejsce w sieci, to coś ostatnio nie chce Ci się wpisywać adresu własnej strony przy komentarzach, a to jest pewnym zaniedbaniem ;) No i służę pomocą w ustanowieniu gravatara (ikonki kojarzonej z Tobą), będziemy częściej oglądać Twoją mordkę fili… :)
teraz mi nie wyszło, raz, a juz dostałam opeer:)
bo czsami mi się wszystkie okienka same wpisują, a czasami nie, pewnie zależy z którego komputera wchodze i przez która przeglądarkę.
teraz przez chrome i musiałam wszystko samodzielnie(!) wpisać.
Blip…zastanawiam się:)
to służ ta pomocą dla mordki:)
@beata,
ale ja nie mam nic przeciwko sławkasowi w ilości hurtowej ;-)
to była mowa o cichym ;-)
że naprawdę wystarczy mi mieć cichego na blogu/blipie/gtalku/facebooku ;-)
po co mi jeszcze buzz?
Windows Live Writer to najlepszy edytor blogowy ever. A Windows Live to najlepszy dysk sieciowy ever (25 GB za darmo!) – to tyle, jeśli chodzi o produkty konkurencji. Poza tym nie wyobrażam sobie rezygnacji z Windowsa, Excel jest najlepszy (Arkusz Google to mizerota, nawet Zoho jest lepsze, a jest jeszcze ThinkFree), GMail ma pewne braki… Nawet będąc guglemanem (świetne słowo), można widzieć inne usługi.
Co do Buzza – przyznaję, że jest to zauroczenie względnie nową usługą, ale trwa u mnie o wiele dłużej, niż np. Wave. Twittera nigdy nie ogarnąłem, wolałem Blipa (bo jest po prostu lepszy) – i długo korzystałem z polskiego serwisu do wrzucania krótkich informacji. Nadal to robię, ale w Buzzie mam coś, czego nie ma w Blipie – dyskusje. To stanowi o sile tej usługi. W obecnej chwili to nie jest zbierani gadżetów, bo wszystko ma swoje miejsce. Na blogu – dłuższe formy, ładnie sformatowane, ze zdjęciami. Na Buzzie – krótkie notki, teksty typu “widzieliście ten artykuł” itp. Na Blipie – informacje “zjadłem śniadanie”:) Facebook, Twitter i inne – to tylko końcówki, wychwytujące moją główną działalność i zbierające ją do kupy (bo dochodzi jeszcze YT, Flickr itp.) – ale poza Buzzem, który jest tak trochę “exclusive”:)
Ale podkreślam – Buzz jest specyficzny. Inny niż blogi czy mikroblogi. Ogarnianie go z zewnątrz mija się – moim zdaniem – z celem.
@cichy
co rozumiesz przez: ogarnianie z zewnątrz?
co do dyskusji- chyba jak na razie wystarczą mi dyskusje na blogach.
szkoda mi czasu na dyskusje forumowe.
no nic, podejrzę w wolnej chwili buzza jeszcze raz.
ale dla mnie to musiałaby być rezygnacja z blipa na rzecz buzza. a nie wiem czy to mi się opłaca/chce/ itp.
o już wiem czemu buzz mi się nie spodoba.
inf o kolejnych komentarzach dostaję na maila…
hmmm. idę pogrzebać i wyłączyć powiadomienia. o ile to jest możliwe.
@Vero: Blip i Buzz to są dwa różne modele dyskusji. Przy czym ta Blipowa jest bardziej zamknięta, bo jeśli ktoś skomentuje mój post, to inni tego mogą nie widzieć. Ogarniać z zewnątrz – czyli bez logowania – nie będzie łatwo, bo wtedy przypomina to zwykłą gazetę, a ja już się przyzwyczaiłem do współtworzenia. Poza tym – trzeba obserwować kilka osób, aby wiedzieć, do czego nawiązują w dyskusjach u innych osób.
Powiadomienia można wyłączyć, bez przesady. Tak samo jak na początku Buzza ludzie lamentowali, że Buzz upublicznił ich kontakty, a wystarczyło jedynie…odznaczyć odpowiednią opcję przy aktywowaniu usługi w GMailu:)
Weronica – no, ciemny lud ze mnie wyszedł:)
Weronica, a dlaczego przeszkadza Ci inf. na maila? to dosyć ułatwia, nie trzeba szukać po notkach i komentarzach:)
Jak Cichy tłumaczy to wszystko wydaje się proste, a jak już tam wchodze…to wychodze:)
@Beata: uwierz mi, w Buzzie powiadomienia mailowe wkurzają. I tak widzi się, ile (mniej więcej) nieprzeczytanych Buzzów i komentarzy się ma, są one zaznaczone – po co do tego maile? Vero już powiadomienia wyłączyła, może się zmagać. Nawet skomentowała to i owo (wprawdzie nie zważając na fakt, że na Buzzie podpisuję się imieniem i nazwiskiem, a nie pseudonimem, ale to drobiazg:)).
A czemu wychodzisz? Z czym masz problem i jak mogę pomóc Ci go rozwiązać?
umiem:)
@cichy
bo dla mnie jesteś cichy.
a nawet jak podpisujesz się imieniem i nazwiskiem na buzzie- to i tak wiadomo o kogo chodzi.
@beata
w większości przypadków powiadomienia traktuję jak spam.
wybitnie nie lubię powiadomień zwłaszcza mailowych.
w chwili obecnej – mimo udzielania się w różnych miejscach mam aktywne tylko słownie trzy powiadomienia i to tylko w odniesieniu do konkretnych tematycznie informacji.
@MrCichy: Blip z założenia nie jest przewidziany do dyskusji, ale jakoś się daje radę. Możliwość komentowania wpisów to jednak świetna sprawa, duży plus za to dla np. flakera. Tyle, że temat i ton rozmów w tamtej społeczności jest całkiem obok mnie. Buzz dla odmiany nie ma chyba żadnego głównego nurtu, więc pisanie jest całkiem sobie a muzom. Do tego wymóg założenia konta. Narzędzie ok, ale w sumie to jest jakieś takie mało imperialne, jak na Ciebie…
@szpiegovsky: czy nie sądzisz, że w dobie mikroblogów, komunikatorów i esemesów mail staje się usługą dostojną i szanowną? ;)
@Beata: Udało się! Zuch dziewczyna :)
@sz:
Mail – jako forma komunikacji, na tle innych form.
Beata – ma gravatara.
@Be: Już dobrze, wszystko się wyjaśniło :)
flaker to dla mnie za dużo.
tam jest non stop strumień różności.
@slawkas
owszem, nie sądzę.
mail z powiadomieniem nie jest formą szacowną i dystyngowaną.
dla mnie jest spamem…
@beata
o! rzuć linkiem blipowym ;-)
Szpiegowsky, matkobosko, czego Ty ode mnie chcesz? Slawkas ratuj!
ach gravatara!
no, mail jako forma komunikacji to a i owszem,
chociaż i tak ja staram się używać zwykłej poczty i listów
- choć praktycznie nie piszę już nic odręcznie, bo nie lubię ;-)
tzn: piszę piszę, drukuję drukuję
i wysyłam normalną pocztą ;-)
@Autor: Flaker to dla mnie to samo, co FB – agregator, zalew informacji, absolutnie nie do ogarnięcia. Wchodzę, jeśli muszę. Na Flakera na szczęście nie muszę, a na FB umieściłem informację o ślubie. Na Buzzie nie ma żadnego nurtu tematycznego, ale to jest piękne. Wiem, że ten osobnik skrobnie coś o matematyce, ten o historii, ów o społeczeństwie albo polityce, a jeszcze inny – o technologii. Z każdym z nich mogę podyskutować (co ciekawe – mogę podyskutować z człowiekiem, którego artykuły czytałem z wypiekami w latach 90. w “Wiedzy i Życiu”). Na 90% dyskusja odbiegnie od tematu Buzznięcia – ale i tak będzie pasjonująca. A ja dyskusję, wbrew pozorom, lubię:)
Hmmm…imperialne?
@Beata: gratulacje!
@Vero: nigdy nie ukrywałem, że MrCichy i Bartosz Cicharski to jedna i ta sama osoba, niemniej tam nikt się tak do mnie nie zwraca, dlatego zwróciłem na to uwagę. Ale nie oceniam:)
@cichy
nie twierdzę, że nie lubię dyskutować, ale ostatnio troch.ę brakuje mi czasu.
a duże ilości dyskusji kojarzą mi się z forumami, za którymi nie przepadam.
@Vero: oj, dyskusje na forum też mnie nie pociągają jako ewentualnego uczestnika, są takie sztywne i zamknięte…na Buzzie jednak dyskusja jest bardziej żywa, przypomina tę w realu.
zawału przez Was dostanę:)
i nie doczekam emerytury:(
@MrCichy: W takim opisie funkcjonalnie Buzz to po prostu uboższa platforma blogowa. Oczywiście każdemu to, co mu pasuje. Dla jednych to strzał w dziesiątkę, dla innych kolejne konto do sprawdzania, a dla jeszcze innych kolejne propozycja do obsługi tego, co już realizują w inny sposób. No i przejaw sieciowego korpo-socjalizmu ;)
@vero: A ja lubię fora. A ostanio nawet zaglądam do grup dyskusyjnych.
@Beata: Patriotyzm za daleko posunięty.
To się chyba nazywa miniblog (w odróżnieniu od mikrobloga). Bo niby mogę blogować, ale mogę też udostępniać posty innych, mogę pod to podłączyć inne źródła itp. W zasadzie jest to wykorzystanie potencjału, jaki drzemał w dzieleniu elementów w Google Readerze.
Ciekawa i bardzo prawdziwa wypowiedz. m.in. Facebook i naszaklasa odbierają internautą dusze
@przemek: Miejmy nadzieję, że to przejściowe, i że serwisy typu fb czy nk z czasem przestaną dominować w mediach społecznościowych.